3R: SONAR, KRÓL, LINIA NOCNA

29 marca 2018 RECENZJE

SONAR – Torino 

Mam wrażenie, że SONAR ze swoim debiutem w 2016 roku wykorzystali całą masę możliwości promocyjnych i koncertowych. Wtedy zrobiono tak dużo, że teraz może już nie być na wiele rzeczy szans. Jeśli moja teza okazałaby się prawdziwa, to stałaby im się wielka krzywda, bo krążek Torino jest kilkanaście razy ciekawszy od Pętli. Dopiero tutaj czuję pełną spójność i dokładny pomysł na kierunek tej przygody. Czuję, że w tej podróży muzycy w końcu odpięli pasy i dali się kompletnie ponieść temu, co siedzi w ich głowach. Pewnego rodzaju transowość, w ich przypadku, brzmi całkowicie pociągająco. Może i nie znalazłem tu wyjątkowo charakterystycznych refrenów, może nie ma też jednego najmocniejszego punktu, ale to wydawnictwo brzmi jak wspaniała i pełna wrażeń podróż. Albo wsiadasz i „odkrywasz”, albo „nie słuchaj”.

KRÓL – Przewijanie na podglądzie

Szkoda, że polscy raperzy nie ustawiają się w kolejce do Błażeja Króla. Szkoda, że nie odpowiada za ich teksty i nie zgarnia przy tym tysięcy z Zaiksu. Jaki piękny byłby świat, o ile bogatsze byłoby pewne pokolenie. Niestety kawałki z nowej płyty KRÓLA na Spotify odsłuchane do tej pory zostały tylko jakieś 10 tysięcy razy. Co jest dla mnie dość zaskakujące, bo muzyk przecież już dawno temu zdjął z siebie pelerynę „artysty niedostępnego”. Nawet konto na instagramie prowadzone jest ze sporą ilością ironii – a to przecież teraz trendy. Nowe wydawnictwo to właściwie dobra piosenka poganiająca dobrą piosenkę. Jest świeżo, lekko i przede wszystkim mądrze. Może właśnie ta mądrość przeszkadza Błażejowi wypełniać wielkie sale koncertowe? Jeśli Król nie zastopuje tempa wydawania swoich solowych albumów, to już niebawem może na stałe rozsiąść się w foteliku z napisem inteligentna muzyka rozrywkowa.

LINIA NOCNA – Znikam na chwilę

Kilka miesięcy temu umieściłem LINIE NOCNĄ na drugim miejscu zestawienia Brand New of 2018. Czułem się więc trochę w obowiązku śledzić ich kolejne poczynania. Ku mojemu zaskoczeniu, na horyzoncie bardzo szybko pojawiła się debiutancka płyta. O ile ich marszu w stronę masowej popularności już raczej nikt nie zatrzyma, to zaprezentowany materiał niestety z marszu blokuje im jakiekolwiek miejsce w podsumowaniach płyt na koniec roku – przynajmniej moich. Bo to wydawnictwo po prostu bardzo trudno traktować w 100% poważnie. Nie klei się tam właściwie nic – początek (melodia ludowa), środek (melodyjna elektronika) i koniec (pianino) to trzy zupełnie różne bajki. To zbiór kilku najlepszych pomysłów na przeboje i kilku wypełniaczy. Na pewno trzeba docenić umiejętność pisania „hitów” i subtelny głos wokalistki, ale od tego do debiutu droga mogłaby być nieco dłuższa. A może trzeba ich potraktować bardziej dosłownie i z płytą Znikam na chwilę jest jak z rozkładem jazdy? Czytamy go wyrywkowo, biorąc tylko istotne dla siebie informacje.