Open’er Dream Team, czyli najmocniejsza jedenastka festiwalu

08 lipca 2016 Relacje

Czym jest idea festiwalu? Czy na przestrzeni lat termin ten uległ zmianie, degradacji, a może ewolucji? Dla osoby, która już od blisko 8 lat uprawia festiwalową turystykę w kraju i zagranicą, idea tego wydarzenia jest złożona z tak wielu elementów, jak sam jego kształt. Począwszy od szerokości geograficznej, przez porę roku czy skalę, aż po dwa najważniejsze czynniki – muzykę i ludzi. Jedno bez drugiego nie istnieje, hierarchizowanie pojęć też nie ma tu większego sensu. Zdaje mi się jednak, że festiwal to przede wszystkim forma integracji społeczeństwa, w którym muzyka odgrywa płaszczyznę interakcji. Słowem kluczem niech będzie tu jednak wspólnota, czyli związek ludzi, którzy z jakiegoś powodu chcieli pojawić się w tym samym miejscu i w tym samym czasie. To, co w tym okresie robią, nie powinno mieć znaczenia – chodzą na koncerty, śpią w namiocie, piją, konsumują, cokolwiek. Ważne jest, że robią to razem, tu i teraz. Na tym polega różnica między festiwalem, a przeglądem kapel – tu nikt nie jest przywiązany do krzesła, którego numerek widnieje na bilecie wstępu. Może robić co chce – stać, leżeć, tańczyć, całować się, nagrywać snapy, sprawdzać facebooka lub… oglądać mecz. Abstrahując od dyspozycji polskich piłkarzy, którzy dzielnie wdrapywali się po turniejowej drabince tegorocznego Euro – jeżeli wśród ludzi będących na festiwalu zaistniała potrzeba integracji w celu wspólnego oglądania meczu i wspierania reprezentacji, to także jest to zjawisko, wobec którego nikt nie powinien mieć aluzji. Muzyka i sport mogą iść ze sobą w parze, co postaram się udowodnić w tym nietuzinkowym podsumowaniu tegorocznego festiwalu Open’er, którego postanowiłem wybrać Dream Team.

Bramkarz:

Człowiek, który powinien być ostoją drużyny. Ma swoje zadania i z nich powinien się należycie wywiązywać. Winien też być oparciem dla kolegów, punktem, o który nie muszą się martwić podczas rozgrywania piłki po boisku. Za wzór może tu uchodzić Gianluigi Buffon, człowiek, który już od 19 lat nie opuszcza bramki reprezentacji Włoch (z małą przerwą na Euro 2000 i Francesco Toldo). Jego festiwalowym odpowiednikiem mógłby być Caribou. Swoim występem Dan Snaith potwierdził wysoką formę, będąc kapitanem dowodzonego przez siebie zespołu. W ekipie, w której każdy zdawał się odgrywać równoznaczną rolę, Snaith jawił się jako dyrygent, ktoś nadający kierunek i tempo koncertu. Zgromadzony drugiego dnia festiwalu w Tent Stage tłum dał się porwać do tańca bez stawiania oporu. Rozpoczynając od Our Love, przez takie hity jak Odessa czy Can’t Do Without You, a kończąc rozciągniętym, wykręconym we wszystkie strony Sun, Caribou nie pozostawił złudzeń – Kanadyjczyk jest prawdziwym gigantem elektroniki, zwłaszcza tej granej na żywo za pomocą instrumentów.

Obrońcy:

W dzieciństwie niewdzięczna rola, która przypadała zazwyczaj tym, mającym ciągotki do agresji i lubiącym pokazać kto tu rządzi. Formacja obronna cechuje się najmniejszą ilością wirtuozów w zakresie umiejętności technicznych, zatem warto wymienić tu tych artystów, którzy zagrali przyzwoicie pomimo braku szczególnego anturażu swoich występów. Takim wyborem mogła by być Florence + The Machine, której koncert choć był niezły, to jednak przewidywalny. Flo zaserwowała tracklistę wypełnioną doskonale znanymi hitami, które wybrzmiały przyzwoicie. W całym występie brakowało jednak elementu zaskoczenia, koncert zdawał się ciągnąć w nieskończoność, podobnie jak bieganie samej Florence z jednego końca sceny na drugi. Mam nadzieję, że nie znajdę w skrzynce pocztowej bomby owiniętej w kwiecisty wianek, lecz występ F+TM z pewnością nie należał do czołówki tegorocznego Open’era.

Michałem Pazdanem tegorocznego Open’era mógłby zostać James Murphy. LCD Soundsystem zaprezentowali się wybornie pod względem aranżacyjnym. Nie potrzebne były fajerwerki, kanonady konfetti czy wyszukane wizualizacje. Dla Murphy’ego i jego fanów liczyło się brzmienie, a to, pomimo upływających lat, jest najmocniejszym atrybutem Amerykanina. Jeżeli taką wysoką formę LCD Soundsystem prezentuje na żywo, to nie pozostaje nic innego niż jeszcze mocniej zacząć zacierać ręce przed premierą nowej płyty.

Kamil Glik stanowił doskonałe uzupełnienie środka obrony polskiego składu, podobnie jak dla artystów występujących na Orange Main Stage, Anthony Gonzalez. M83, tak jak reprezentacja Francji, pewnie rozegrało swój spektakl na największej scenie Open’era. Prócz pozycji oczywistych, jak choćby Midnight City, nie zabrakło materiału z najnowszego albumu zespołu, tegorocznego krążka Junk. To właśnie dzięki występowi na żywo, płyta ta zyskała w moich oczach i uszach, a sam Gonzalez udowodnił (podobnie jak Caribou), że elektronika świetnie odnajduje się w klasycznym instrumentarium.

Uzupełnieniem “tyłów” niech będzie człowiek, którego twórczość, podobnie jak on sam, zdaje się nie starzeć. Zbigniew Wodecki w towarzystwie równych sobie wirtuozów z Mitch & Mitch, zagrał bodaj najwspanialszy koncert jaki przyszło nam obejrzeć przed zmrokiem. Materiał z debiutanckiego albumu, odświeżonego na płycie 1976: A Space Odyssey, potwierdził, że upływ czasu nie stanowi przeszkody dla wielkiej muzyki. Sielankowa atmosfera koncertu, w czasie którego muzycy pozwalali sobie na wiele improwizacji i scenicznych swawoli, udzieliła się publiczności, która czy to stojąc, leżąc czy tańcząc, zdawała się być zachwycona piosenkami powstałymi przed przyjściem większości z nich na świat.

Pomocnicy:

Ludzie od zadań specjalnych. Potrzebni są tu zarówno pewni defensorzy jak Grzegorz Krychowiak czy N’Golo Kanté, magicy środka pola w stylu Renato Sancheza, jak i ofensywni skrzydłowi, tacy jak Kamil Grosicki lub Marcus Rashford. Pewne miejsce w tej formacji zdobyła Grimes, której dziki koncert wywarł na wszystkich ogromne wrażenie. Debiutująca w Polsce artystka zawładnęła tłumem przybyłym do Tent Stage, serwując hity z Visions i Art Angels, dwóch ostatnich wydawnictw. Potężne brzmienie Oblivion czy Genesis przekonało do Kanadyjki największych malkontentów.

Występ nierówny, lecz na swój sposób urzekający, dali The Last Shadow Puppets. Powiedzmy sobie wprost – koncert ten ciągnął Miles Kane, który od początku do końca imponował formą i charyzmą. Zblazowany, a być może z początku nazbyt rozluźniony, Alex Turner musiał gonić swojego towarzysza i dopiero w drugiej połowie występu ta sztuka mu się udała. I całe szczęście, bo to właśnie wtedy wybrzmiały My Mistakes Were Made For You czy Meeting Place, pozycje doskonale znane z debiutu duetu. W koncertowej trackliście nie zabrakło w zasadzie niczego – zarówno fani The Age Of The Understatement, jak i Everything That You’ve Come To Expect mogą czuć się zadowoleni, o ile nie przeszkadzało im zachowanie Turnera, który momenty skupienia na graniu (świetny Miracle Aligner), przeplatał ze scenicznymi wygłupami, które oczywiście można wytłumaczyć jako próby nawiązania kontaktu z publicznością. Zamiast występu aktorskiego miał być muzyczny i zrozumiał to Kane, któremu chwała za pełne energii zaangażowanie, takie jak choćby to, które obserwowaliśmy w Bad Habit.

Zespół zgrany, podobnie jak linia pomocy reprezentacji Niemiec, stanowił skład Maca Demarco. Kanadyjczyk dał publiczności wszystko to, po co przyszła pierwszego dnia festiwalu pod Alter Stage. Pełen swobodnej atmosfery, ale i muzycznego zaangażowania występ, nie zwolnił choćby na moment. Demarco zaserwował fanom podróż przez całą swoją twórczość, w której nie zabrakło perełek z II, Salad Days czy ubiegłorocznej EP-ki Another One. Muzycy dali koncert pełen pozytywnej energii, w którym znalazło się jednak miejsce na chwile romantycznego nastroju. Pod kątem przyjemności z odbioru tego, co działo się na scenie i pod nią, Demarco jest moim openerowym Kubą Błaszczykowskim.

Linię pomocy uzupełnić powinien ktoś, kto wprowadziłby do niej element magii, a ta działa się podczas występu PJ Harvey. Określany przez wielu mianem najlepszego, koncert zahipnotyzował tłum, który skrył się w Tent Stage. Wyglądająca zjawiskowo Polly Jean potwierdziła, że pomimo 49 lat jest w najwyższej formie, a towarzyszący jej zespół, zdawał się być w nią niemniej zapatrzony jak zgromadzona publiczność. W koncertowej trackliście znalazły się najmocniejsze pozycje, począwszy od materiału z Let England Shake, przez Is This Desire?, a kończąc na The Hope Six Demolition Project, ostatnim albumie Brytyjki, na którym przede wszystkim opiera się jej tegoroczna trasa. Gdyby tak jeszcze Black Hearted Love wybrzmiało na bisie…

Napastnicy:

Każdy lubi strzelać bramki, lecz nie każdy potrafi. Napastnikiem w stylu Dmitria Payeta, czyli takim, który potrafi zarówno pięknie strzelić, wykorzystać rzut wolny, jak i trafnie podać, okazał się Kevin Parker. Jego Tame Impala nie pozostawiła złudzeń dlaczego znaleźli się na Orange Main Stage. Prócz psychodelicznych wizualizacji i konfetti, Australijczycy urzekli tłum przede wszystkim brzmieniem, któremu nie przeszkadzały drobne problemy z gardłem Parkera. Widowisko w wykonaniu Tame Impala było zbiorowym misterium kolorów i dźwięków, transem, z którego nikt nie chciał się wybudzić. Hity z Lonerism czy Currents wzbudzały coraz to większy aplauz publiczności, dla której późna pora koncertu nie sprawiła żadnej trudności. Właśnie wtedy, późną nocą, Tame Impala brzmieli najlepiej.

Drugim atakującym w naszym zespole został Jónsi, którego Sigur Rós stworzyli koncert zapadający głęboko w pamięć. Zmniejszony skład formacji wzbudzał wiele wątpliwości przed występem. W tłumie słychać było obawy, że nie będzie to już tak wspaniały koncert, jak ten z 2013 roku. Nic bardziej mylnego. Widowisko z pogranicza muzyki i sztuk wizualnych, sprawiło, że trudno było oderwać wzrok od wyjątkowej sceny, na której Islandczykom towarzyszyła instalacja świetlna przypominająca bramę do zupełnie innego świata. Świata, do którego Sigur Rós zabrali nas choćby w Glósóli czy Hafsól.

Zmiennicy:

Trzy pozycje, które wypadły przyzwoicie, lecz z jakiegoś powodu nie znalazły się w wyjściowej jedenastce.

Red Hot Chili Peppers – Kiedis i spółka pokazali, że pomimo upływu lat, mają się świetnie. Materiał z The Gateway, ostatniego, gorąco komentowanego albumu Amerykanów, doskonale odnalazł się obok takich hitów jak Can’t Stop czy Otherside. Nie da się jednak nie zauważyć, że muzycy najlepsze lata mają za sobą i choć wciąż jest w nich sporo werwy, to jednak momentami zdają się być ciut wycofani, zdystansowani od swojej wielkości. Czy to zasługa doświadczenia czy wewnętrznej przemiany? Trudno powiedzieć, podobnie jak trudno nie mieć wrażenia, że czegoś występowi Papryczek brakowało.

Foals – jak przystało na Foals, dali oni popis swoich umiejętności, który rozgrzał tłum podziwiający muzyków w pełnym słońcu. Ta pora zdaje się być najlepszą dla Brytyjczyków, którzy lubią jeszcze bardziej podgrzać atmosferę, np. poprzez wskakiwanie Yannisa Philippakisa w publiczność. Foalsi zagrali równy, bardzo dobry koncert, w którym tak, jak w przypadku Florence + The Machine, zabrakło czegoś, by uznać go za wybitny. Otrzymaliśmy wszystko to, czego się spodziewaliśmy.

Beirut – chyba po żadnym koncercie tegorocznego Open’era nie usłyszałem tylu skrajnych opinii. Dla jednych “Zach Condon się skończył”, bo nie ma już 20 lat, czyli tylu, ile miał w chwili premiery The Gulag Orkestar. Tym samym osobom zabrakło barwnego występu, na który oczekiwały. Dla drugich był to jeden z najbardziej nastrojowych wieczorów, właśnie dzięki temu, że Condon i spółka potrafili prawdziwie zaczarować publiczność pełnymi emocji i nostalgii aranżacjami. Trudno było się spodziewać, by Amerykanin dogodził wszystkim i potrafił skakać na sinusoidzie oczekiwań, dlatego jego miejsce pozostawiam na ławce rezerwowych.

Zawodnik Turnieju:

Ten tytuł postanowiłem zarezerwować dla polskiego artysty i na szczęście ktoś nie pozostawił mi cienia wątpliwości, że to wyróżnienie należy się właśnie jemu. Kortez zagrał koncert wybitny, w którym zabrakło choćby jednego słabego elementu. Atmosfera występu, wygląd sceny i ukrytego przez dłuższy czas pod cieniem padającym z czapki, Korteza, złożyły się na niesamowicie intymne i intensywne widowisko. Materiał z płyty Bumerang wybrzmiał głęboko, przeszywając emocjami wszystkich, którzy pojawili się pod Tent Stage. Co ważne, Kortez zachował umiar – nie przekombinował swojego występu, a jedynie podał swoją muzykę w możliwie najlepszy sposób.

Podsumowanie:

A w zasadzie wyjaśnienie. Ten artykuł nie jest przytykiem w nos autora tekstu, który pojawił się w Gazecie Wyborczej i rozbudził ogromne emocje, w dużej mierze negatywne. Z całą sympatią do redaktora, którego mogę nazwać kolegą po fachu i do którego doświadczenia mam szacunek, piękno naszej pracy polega właśnie na tym, że możemy się ze sobą nie zgadzać, różnić się odbiorem pewnych zjawisk i poglądami na ich temat. Pojawienie się wątku piłkarskiego na tegorocznym festiwalu Open’er, chęć tysięcy ludzi, by spotkać się w jednym miejscu i wspólnie wspierać naszą reprezentację, wpisuje się doskonale w ideę festiwalu – zjawiska, w ramach którego dochodzi do integracji ludzi na niespotykaną skalę, a to, czy nastąpi to na tle sceny, telebimu czy budki z zapiekankami, to sprawa drugorzędna. Zwłaszcza w obliczu jednej z najlepszych edycji w historii Open’era.