W cztery dni dookoła świata / Colours of Ostrava 2016

22 lipca 2016 Relacje

Kalosze, płaszcz przeciwdeszczowy i ciepła kurtka – w taki, lub bardzo podobny zestaw, wyposażona była większość festiwalowej publiczności zebranej w tym roku w Ostrawie. Niestety, nawet najlepszy organizator nie jest w stanie zagwarantować dobrej pogody i jeśli czegoś naprawdę brakowało piętnastej edycji Colours of Ostrava to właśnie słońca. Na szczęście deszcz, wiatr i niska temperatura festiwalowiczom nie straszne, bo nawet w najmniej sprzyjających okolicznościach licznie stawiali się pod ostrawskimi scenami i z nieposkromionym entuzjazmem witali kolejnych artystów.

DZIEŃ I

Gdy przekraczałam progi festiwalu, na Česká Spořitelna Stage grał już pierwszy zespół. Treacherous Orchestra, czyli szkocko-irlandzka skoczna, folkowa energia z elementami punka radośnie witała nadciągające do bram tłumy festiwalowiczów. Pierwszy, jeszcze trochę nieśmiały spacer po terenie dawnej huty Dolni Vitkovice robi wrażenie, choć tak naprawdę najlepsza sceneria odkrywa się dopiero po zmroku. Te surowe, monumentalne okoliczności w festiwalowej oprawie to jeden z ważniejszych powodów, dla których warto odwiedzić Colours of Ostrava. Potrzeba chwilę czasu i cierpliwości, by odkryć wszystkie zakamarki tego miejsca i zdobyć orientację w terenie.

Wraz z rozpoczęciem koncertu Nothing But Thieves, deszczowa aura czwartku zaczynała nieco odpuszczać i można było spokojnie skupić się na muzyce. Koncert pokazał jednak, że wokalista który studyjnie brzmi całkiem przejrzyście, na żywo średnio radzi sobie z dolnymi rejestrami, choć mogła to być tylko chwilowa niedyspozycja. Tego samego nie można powiedzieć o Kevinie Parkerze, który wraz z pozostałymi członkami Tame Impala dali występ najwyższych, światowych lotów. Nawet jeśli setlista i przygotowane show nie były żadnym zaskoczeniem po licznych relacjach z Glastonbury i Open’er Festival, to i tak nie brakowało żywiołowych reakcji wśród publiczności. Jeśli jakiś zespół trzeba w tym sezonie festiwalowym zobaczyć to zdecydowanie jest to Tame Impala. Z tej psychodelicznej, dalekiej podróży trudno się wraca na ziemię.

Kolejnym dużym graczem tego wieczoru był muzyczny pewniak, reaktywowany dwa lata temu (zresztą bardzo słusznie) zespół Slowdive. W tym samym czasie, w pięknych, śnieżnobiałych strojach Brodka i jej zespół wkroczyli na kameralną Full Moon Stage. Warto nadmienić, że artystów na tę scenę samodzielnie wybierał czeski magazyn kulturalny Full Moon. Różne słuchy chodziły o tym, jak materiał z płyty Clashes wypada na scenie, ale odłóżmy to w niepamięć, bo teraz jest naprawdę wyśmienicie. Poza nową płytą pojawiały się także starsze utwory, choć w całkiem nowych, często nieprzewidywalnych aranżach, tak jak w przypadku Sauté czy Grandy. Chyba nie znam artysty, który odważyłby się tak skrajnie przearanżować swój przebój i za to należą się wielkie brawa. Swoją drogą, kto by kilka lat temu przypuszczał, że Brodka będzie na koncertach wskakiwała z gitarą na wzmacniacz?

Pierwszy dzień festiwalu doskonale zamknął Francuz Anthony Gonzales z projektem M83. Obecny na scenie zespół muzyków sprawił, że takie utwory jak Outro czy Midnight City zabrzmiały pięknie i potężnie, a przy Road Blaster i Do It, Try It nie można było przestać tańczyć.

DZIEŃ II

Piątek na Česká Spořitelna Stage otworzył włoski zespół Kalàscima, choć dużo większe emocje towarzyszyły w tym samym czasie koncertowi Noreum Machi na przypominającej cyrkową arenę Europe Stage. Istniejąca od ponad dwudziestu lat, perkusyjna formacja z Korei Południowej dała nietuzinkowy występ okraszony szamańskimi pieśniami, tańcem i (co najważniejsze) autentycznymi emocjami. Na dodatek wciągnęła w swój mistyczny trans zebraną w namiocie publiczność. Przez cały festiwal nie było koncertu, który wskrzesiłby w ludziach bardziej spontaniczne i szczere reakcje.

Po takim występie Brytyjczycy z zespołu The Electric Swing Circus występujący na Drive Stage wydali się trochę nudni, dlatego warto było przejść kawałek i zobaczyć jaką wyjątkową i intymną aurę roztacza wokół siebie Fismoll na Agrofert Fresh Stage. Zresztą była to scena, na której trudno było o zawód. Zespoły występujące na Fresh Stage z reguły były interesujące i stylistycznie bardzo różnorodne. Tego samego dnia od najlepszej strony zaprezentował się na niej zespół My Baby, o banalnej nazwie, ale niebanalnym stylu. Wokalistka, pomimo skromnej postury, bawiła się swoim głosem niczym Beth Ditto z Gossip.

Drugi dzień festiwalu to również dwa wyczekiwane koncerty artystek, które wydały w tym roku świetnie przyjęte albumy. Pierwsza z nich, norweska Aurora zbudowała zachwycająco melancholijną i iście skandynawską atmosferę, a swoją skromnością na dobre skradła serca festiwalowej publiczności. Występująca po niej ANOHNI dała występ jeszcze bardziej nieprzeciętny. Artystka przykrywała swoją twarz kapturem, a zamiast niej na ekranie pojawiały się avatary. Trzeba przyznać, że twarze wybrane do poszczególnych utworów były wyjątkowo przejmujące w swojej mimice. Ta niekonwencjonalna forma prezentacji w połączeniu z egzotycznym głosem Anohni i poważnymi tekstami, to potężna dawka emocji i wzruszeń. Nieszczęśliwie koncert ANOHNI częściowo pokrywał się z duetem Kiasmos, który żal byłoby przegapić. Panowie jak zwykle zagrali pierwszorzędnego, tanecznego seta połączonego z hipnotyzującymi wizualizacjami i efektami świetlnymi.

Późnym wieczorem warto było zajrzeć na Arcerol Mittal Stage, żeby posłuchać Sharon Kovacs i jej debiutanckiego krążka Shades of Black. Wprawdzie do Amy Winehouse jeszcze dużo jej brakuje, ale już z Selah Sue może śmiało konkurować. Ten głos i osobowość sceniczna mają bardzo konkretny potencjał.

Sobotni program sceny głównej zamykała formacja Of Monsters and Men. Niby nie ma się do czego przyczepić, bo przecież zagrali bardzo poprawnie, ale może byli nieco zbyt przewidywalni w tej poprawności. W tym samym czasie, na Full Moon Stage wraz z Kittchen można było wybrać się w podróż na Marsa, choć sądząc po garstce osób pod sceną, nie tylko mnie ta podróż mocno przerosła. Najlepszą alternatywę stanowiła jednak Electronic Stage, gdzie Slow Magic w swojej kolorowej masce dźwiękami zapraszał publiczność do energetycznego tańca.

DZIEŃ III

O ile piątkowa pogoda w Ostrawie była jeszcze całkiem łaskawa, o tyle sobota okazała się być najzimniejszym dniem festiwalu, w pakiecie z nieprzerwanymi, obfitymi opadami deszczu. Wbrew tym okolicznościom, szybko okazało się, że tacy artyści jak Maria Peszek nawet w najtrudniejszych warunkach pogodowych nie muszą martwić się o frekwencję. W strugach deszczu i płaszczach przeciwdeszczowych, publiczność śpiewała z Marią teksty takich utworów jak Sorry Polsko czy Samotny Tata.

Wytchnienie od wyraźnie jesiennej aury można było znaleźć na Gong Stage. Zamknięta sala koncertowa, w dodatku o doskonałej akustyce, to na festiwalach rzecz dość niespotykana, a przez to wyjątkowa. Co ciekawe, jeszcze za czasów działalności Huty Dolni Vitkovice w tym samym miejscu mieścił się zbiornik gazu. Wszystkie koncerty na Auli Gong podczas festiwalu wymagały dodatkowej, wcześniejszej rezerwacji ze względu na ograniczoną ilość miejsc siedzących, ale z reguły na pół godziny przed koncertem było jeszcze dużo wolnych biletów. Tego dnia na deskach Gong Stage pojawili się między innymi Kroke & Anna Maria Jopek. Atmosfera tego koncertu i ciepło dźwięków, które łagodnie rozprzestrzeniały się po sali sprawiły, że ominął mnie koncert Caro Emerald. Może innym razem?

Równie wciągający koncert dała na Gong Stage Victoria Hanna. Izraelska artystka wyśpiewuje starożytne, żydowskie teksty oryginalnie wykorzystując możliwości swoich strun głosowych. Nawet bez rozumienia słów można całkowicie zanurzyć się w tych kabalistycznych odgłosach. Musiałam jednak odpuścić sobie końcówkę tego występu – a szkoda, bo podobno Hanna wyszła wraz ze swym głosem do publiczności – żeby zdążyć na finał koncertu Kodaline. Niestety, tuż po odlocie jaki zaserwowała izraelska artystka, Kodaline nie mieli już większych szans rzucić mnie na kolana, choć to już raczej nie ich wina.

Jak można przypuszczać, na festiwalu było sporo czeskich wykonawców, stąd też i scena Radegast Czech Stage poświęcona tylko Czechom, na co przy takiej ilości najróżniejszych scen, organizatorzy mogli spokojnie sobie pozwolić. Tego dnia na czeskiej scenie pojawił się m.in. zespół o kapitalnej nazwie Voodooyoudo. Może i voodoo zbyt wiele w tej muzyce nie było, ale za to przyjemnego, gitarowego grania już pod dostatkiem.

Po wielu godzinach nieprzerwanych opadów deszczu, dotarcie na Boys Noize Live wiązało się niemalże z kąpielami błotnymi. Elektroniczne dźwięki berlińskiego DJ’a zabrzmiały surowo i głośno, a chyba o to chodziło. Na zakończenie sobotniego wieczoru na głównej scenie pojawił się amerykański duet Thievery Corporation, dla którego alternatywą był ostatni tego dnia występ na Vitkovice Gong Stage należący do irlandzkiego zespołu Villagers. Głos wokalisty był na tyle czuły i spokojny, że najbardziej zmęczeni festiwalowicze beztrosko zasypiali w jego objęciach. A dla tych najwytrwalszych, którym ciągle było mało (podziwiam!) na Electronic Stage do piątej rano grali: Actress, Nathan Fake i Christian Löffler.

DZIEŃ IV

Początek ostatniego dnia Colours of Ostrava był w rękach Czechów. To nawet całkiem zrozumiałe, bo zdawało się, że niedziela przyciągnęła na teren festiwalu całe tłumy miejscowych. Na Česká Spořitelna Stage pojawiła się przebojowa Barbora Poláková, choć do mnie dużo bardziej trafił bardzo sympatyczny chłopak z gitarą, czyli Thom Artway, występujący na Agrofert Fresh Stage. Minimalistyczny cover utworu Drop the Game (w oryginale Flume’a i Cheta Fakera) był bardzo udanym pomysłem. Ostrzyłam sobie zęby na to, co na Full Moon Stage pokaże Lazer Viking (również Czech) i boleśnie się rozczarowałam słabym występem, który niczym nie przypominał nagrań, których słuchałam wcześniej.

Niedziela przyniosła kolizję dwóch bardzo pożądanych przeze mnie koncertów – 2Cellos na scenie głównej i Zohara Fresco na Auli Gong. Z bólem serca odpuściłam sobie Zohara, ale zgodnie z oczekiwaniami, chorwackie trio 2Cellos dało znakomity, popisowy wręcz występ. Pozostawili jednak po sobie pewien niedosyt i wciąż nie wiem, czy to dlatego, że było tak dobrze czy może dlatego, że czegoś tam zabrakło.

Kolejnym punktem na mapie był zespół Songhoy Blues i choć sprawdzałam ich przed festiwalem, to dopiero stojąc pod sceną zorientowałam się, że z tymi panami już kiedyś się spotkaliśmy – tego dzikiego, afrykańskiego tańca wokalisty nie da się zapomnieć! I choć planowo chciałam zobaczyć jak na innych scenach radzą sobie HRTL i Himalayan Dalai Lama, to zbyt trudno było uwolnić się od tej szczerej, bluesowej energii i ujmujących uśmiechów malijskich muzyków.

O dwudziestej na Ceska Sportelina Stage pojawił się Michael David Rosenberg, znany jako Passenger. Brytyjczyk stanął na scenie zupełnie sam, bez żadnego wsparcia dodatkowych muzyków i chyba to sprawiło, że nawet najbardziej wyczekiwany przebój Let Her Go nieco wyblakł i nie miał już w sobie tyle magii. A szkoda. Pocieszenia można było szukać na Agrofert Fresh Stage, gdzie swoją iście szatańską energię roztaczali De Staat. Holendrzy dali z siebie maksimum ekspresji i stworzyli zapadające w pamięć, wyraziste widowisko. Wokalista złapał fenomenalny kontakt z publicznością, a burzę jaką rozpętał wskakując w środek publiczności na ostatnim numerze Which Doctor, to już (nie przesadzając) poezja. W tym czasie, na głównej scenie festiwalową publiczność bardzo głośno i dynamicznie zaczęli rozgrzewać londyńscy muzycy z The Vaccines. Nawet całkiem nieźle im się to udało.

Na zakończenie festiwalu na główną scenę wkroczyli Brytyjczycy z Underworld, entuzjastycznie przyjęci przez ogromną publiczność zebraną w tym czasie pod sceną. Ja jednak dość szybko zdecydowałam się zmienić lokalizację, aby tegoroczne Colours of Ostrava zakończyć z czeską formacją Mydy Rabycad. Było to chyba możliwie najbardziej radosne i beztroskie pożegnanie festiwalu jakie tylko można sobie wyobrazić. Na dodatek w niezobowiązującym i bardzo czeskim stylu.