Recenzja: Arms and Sleepers – Life Is Everywhere

28 stycznia 2017 Recenzje

Wielu współczesnych artystów wpada w niebezpieczną pułapkę przeświadczenia o tym, iż kierunek, którym podążają, jest tym jedynym i właściwym, i nie warto zbaczać ze znanej już ścieżki. Taka postawa może łatwo zaprowadzić w ślepy zaułek, czego najlepszym przykładem niech będzie ostatni album Bonobo, do bólu przewidywalny, a w ostatecznym rozrachunku nijaki i wtórny. Na przekór tego scenariusza działają Max Lewis i Mirza Ramic. Po dekadzie prezentowania światu brzmień z pogranicza ambientu i trip-hopu, co z biegiem czasu zaczęło nieco nużyć słuchaczy, Arms and Sleepers zaserwowali sobie nowy początek w postaci albumu o doskonale zbiegającym się z zawartością tytule Life Is Everywhere.

Nie uwłaczając dotychczasowemu dorobkowi amerykańskiego duetu, twórczość Arms and Sleepers w ostatnich latach zaczęła blaknąć i tracić to, czym zachwycała na początku. Po nieśmiałym, aczkolwiek wielce udanym debiucie w postaci płyty Black Paris 86, poprawnej kontynuacji za sprawą Matador, aż do określanego mianem opus magnum, fenomenalnego Nostalgia for the Absolute, forma Lewisa i Ramica regularnie spadała. Choć twórcy nie spoczywali na laurach i nie ustawali komponować (na koncie duetu jest 25 wydawnictw o różnej długości), to w brzmieniu Arms and Sleepers coraz rzadziej można było natrafić na zaskoczenie, a częściej na rutynę i sprawdzone już wcześniej schematy. Efektem tego były także liczne perturbacje wewnątrz składu – chwilami zespół ciągnął solowo Ramic, innym razem Lewis. Muzycy naprzemian koncertowali pod szyldem Arms and Sleepers, występując nierzadko w formie solo actu lub DJ setu, co najczęściej niejasno tłumaczyli innymi, niemuzycznymi obowiązkami drugiej połowy formacji. Po dekadzie współpracy, wiele rzeczy wskazywało na to, że Amerykanie zaczynają personalnie oddalać się od siebie, a twórczo rozmieniać na drobne. Wówczas w życiu Mirzy Ramica pojawił się zwrot, który miał miejsce w Chicago.

Latem 2015 roku, współtwórca Arms and Sleepers udał się do Wietrznego Miasta w ramach trzymiesięcznego stypendium. Ramic wziął udział w programie organizacji Year Up, która pomaga młodzieży z trudnych środowisk wejść w dorosłe życie, zdobyć wykształcenie i pracę. Jako potomek bośniackich imigrantów i muzułmanin, Ramic z łatwością pojął realia egzystencji ludzi dyskryminowanych ze względu na rasę, wyznanie lub pochodzenie. To właśnie społeczne uprzedzenia, która są częścią życia młodzieży w Stanach Zjednoczonych (!) XXI wieku (!!), stanowią najtrudniejszą do pokonania barierę w drodze do edukacji lub godnie wynagradzanego zatrudnienia. Wielu spośród tych młodych ludzi, zmęczonych nieudanymi próbami wyrwania się z niełatwej rzeczywistości, odpuszcza starania, czym skazuje się na życie w slumsach, nierzadko utrzymując się z nielegalnej działaności takiej jak handel narkotykami czy prostytucja. Jako artysta, Ramic starał się nie tylko pobudzić w nich kreatywność, ale i odwagę, by dzielić się swoją twórczością ze światem, co może stać się przepustką do nowego, lepszego jutra. Trzy miesiące spędzone na intensywnej pracy z ludźmi, którzy nierzadko stracili już nadzieję na odmianę losu, były główną inspiracją do powstania szóstego i najważniejszego długogrającego wydawnictwa w dotychczasowej historii Arms and Sleepers.

Angażując do współpracy Victora Ferreirę, znanego z projektu Sun Glitters, oraz pochodzących z Chicago raperów Airøspace i Serengeti, Ramic i Lewis przystąpili do nagrania albumu, którego powstanie zostało podyktowane osobistymi przeżyciami i co z finalnie okazało się mieć wielki wpływ na brzmienie materiału zawartego na Life Is Everywhere. Po latach coraz częstszego uciekania w stronę ambientu, Arms and Sleepers wrócili do korzeni swojej twórczości, którymi są trip-hop i hip-hop. Stylistkę zbliżoną do produkcji takich tuzów jak DJ Shadow czy Nightmare On Wax, usłyszymy w Baby czy When The Body. Wspomnienia pierwszych nagrań Star Slingera, muśniętych słonecznym brzmieniem chillwave’u, przywodzą na myśl sielankowy Can You Which Ways, którego nie powstydziłby się znany z rodzimego podwórka Szatt. Duch lat 90. najmocniej daje o sobie znać w numerach z udziałem Serengetiego. The Moon Hollow The Body to ukłony w stronę hip-hopowej klasyki spod znaku DJ Premiera. Z kolei Killshot, Comedown Horizon i Fall Asleep When I’m Dead, nagrania, w których za partię wokalną odpowiedzialny jest Airøspace, to zdecydowany zwrot w stronę future funku, brzmienia tak mocno utożsamianego z nieodżałowanym Nujabesem. Hipnotyzująca sekwencyjność, którą od lat zachwycamy się w produkcjach Gold Pandy, jest mocnym atutem w Time Will Tell czy You May Visit The Cosmos. Dźwiękowe układanki Arms and Sleepers są jak misternie wykonane mozaiki, w których każdy element znalazł swoje miejsce – w tej dziedzinie duet Lewis-Mirza nie ustępuje The Avalanches. Miano wisienki na torcie należy się bezapelacyjnie Love Is Everywhere, kompozycji, w której spotkali się Bonobo z okresu Animal Magic Dial „M” For Monkey oraz Four Tet z czasów Rounds. Trwający niespełna 3 minuty utwór potrafi unieść w powietrze nawet najbardziej zapadniętego w kanapę słuchacza.

Choć na Life Is Everywhere przewija się mnóstwo stylistyk, to album, na którym wylądowało 18 (!) piosenek, zadziwia spójnością. Najnowszy krążek Arms and Sleepers brzmi jak doskonale wyprodukowany mixtape, na którym autorzy zawarli najważniejsze dla siebie inspiracje. Choć wszystkie dźwięki, które słyszymy na Life Is Everywhere są nam doskonale znane, to forma ich podania przez amerykański duet jest świeża, wysmakowana i dopieszczona. Szósta płyta w dorobku Arms and Sleepers to hołd dla życia, które choć czasem trudne i niesprawiedliwe, jest jednak warte walki o lepsze jutro. To lepsze jutro wróciło niczym karma do samych twórców, którzy za sprawą swojego najnowszego albumu, wznieśli się na najwyższy dotąd poziom swojej twórczości.