OPEN’ER 2018: THAT’S WHAT I LIKE

13 lipca 2018 TEKSTY

Tegoroczna edycja Open’era przeszła do historii. Open’era wielkiego, ładniejszego niż zwykle i momentami zaskakującego. Na gdyńskim wydarzeniu byłem już po raz dziesiąty i może gdybym miał więcej czasu, rozbudziłyby się we mnie jakieś sentymentalne porównania do edycji 2009. To jednak i tak nie miałoby większego sensu – 10 lat to ogrom czasu. Zmienił się rynek, zmienili się artyści i zmieniła się publiczność. Ja między tym wszystkim też się trochę zmieniłem. Pierwszy raz od dawna w drodze powrotnej nie chodziła za mną myśl Za rok nie jadę, chciałbym przeżyć raz jeszcze takie cztery dni. Bez założeń i konieczności zobaczenia wszystkiego i wszystkich. Bez zbędnego malkontentstwa, że tam na głównej ktoś udaje, że rapuje.

Pogoda ducha na Open’erze w dużej mierzy zależy od podejścia do tego rodzaju festiwalu. Pamiętam oczywiście lata, w których wracając do domu zliczałem ilość zobaczonych koncertów (zwykle wychodziło około 30) i czułem dumę, że udało mi się tak wiele posłuchać. Tym razem starałem się nie „udawać” i mądrze rozłożyć proporcję między tym, co ważne, przyjemne i tym, o czym w tej relacji niekoniecznie będę musiał pisać. I powiem wam szczerze – udało się. Nie zobaczyłem wszystkich koncertów, jedzenie mi smakowało, nogi nie cierpią.

Przechodząc do muzyki…

Bardzo podobały mi się trzy koncerty na Alter Stage. Young Fathers i Bomba Estereo pokazali jak powinna wyglądać i brzmieć żywa muzyka. Pokazali też, że przepływ energii między artystami i publicznością naprawdę istnieje. Tyle ile artysta da z siebie, tyle do niego wróci. Fantastyczna sprawa, fantastyczny klimat. Podobnie było z nocnym występem SG LEWIS. Wtedy biały namiot zamienił się w tropikalną plażę i zrobiło się nieco cieplej. Problemy techniczne w niczym nie przeszkodziły, może nawet pomogły nawiązać nić porozumienia.

Pewniacy tego festiwalu także nie zawiedli. Nick Cave w słońcu? Mogło brzmieć wcześniej nieco abstrakcyjnie. Ostatecznie okazało się, że temu człowiekowi nic nie przeszkadza. Wchodzi na scenę, robi swoje i nie bierze jeńców. On i The Bad Seeds zahipnotyzowali chyba wszystkich zgromadzonych pod Main Stage.  Ten sam efekt osiągnęli jeszcze Depeche Mode oraz Gorillaz. Obie formacje widziałem po raz pierwszy i nie do końca wiedziałem, czego oczekiwać. Bawiłem się wyśmienicie, a o to chyba w tej grze chodziło. Świetnie zaprezentowała się także Sigrid. Jest dopiero na początku (mam nadzieję) wielkiej kariery i bijąca z jej twarzy szczerość i skromność była wręcz zjawiskowa.  Wracaj do nas szybko, ten pop ma sens!

Ważnym momentem tegorocznej edycji był jej (prawie) finał, czyli koncert Bruno Marsa. Artysty, który w teorii i dla niektórych mógł nie pasować do Open’era. Sam nie mam zbyt wielkiego zaufania do artystów z pierwszych miejsc list przebojów. Pamiętam jak dziś swoje doznania z Rihanny (Open’er 2013) czy Kylie Minogue (Melt 2015). Do dziś traktuję to bardziej jako ciekawostkę niż pełnowymiarową sprawę. Z Amerykańskim muzykiem już od jakiegoś czasu zapowiadało się na coś innego i „lepszego”, bo Bruno Mars nie poszedł na komercyjną łatwiznę i jego występy oprócz walorów show, mają w sobie po prostu strasznie dużo muzyki na najwyższym poziomie. To było świetnie zagrane i genialne zaśpiewane. Takie wielkie gwiazdy na tej imprezie mają przyszłość i świetnie, że jednym z przystanków trasy autora wielu hitów była właśnie Gdynia. Z drugiej strony, trzeba pamiętać, że Bruno Mars nie jest pierwszy, że wcześniej na Open’erze wystąpili już Drake, The Weeknd czy Coldplay. Nie zapominajmy o tym w kolejnych latach, gdy ogłaszani będą Justin Timberlake, Ed Sheeran a może i Adele.

Jak to bywa na festiwalach, nie zawsze wszystkie plany okazują się tymi najlepszymi. Nie byłem na żadnym koncercie, który mógłbym określić mianem tragiczny, ale zdarzyło się kilka mniej lub bardziej niemiłych doznań. Arctic Monkeys kompletnie mnie nie porwali. Może dlatego, że widziałem ich już dwukrotnie w tym samym miejscu. Oby następnym razem ktoś zaprosił ich do innego miasta. Fleet Foxes pomimo dobrych momentów, do obejrzenia całości chyba potrzebowałbym wygodnego fotela. Dawid Podsiadło miał okropne wizualizacje – bolały mnie oczy, a CHVRCHES ktoś zrobił krzywdę z dźwiękiem. Rozbolała mnie głowa od tego hałasu, z którego prawie nic nie dało się wyłuskać. Niestety ominęły mnie cztery koncerty, o których najpewniej bym napisał – Kali Uchis, Superorganism, David Byrne i La Femme.

To co, do zobaczenia za rok?