carnival

Carnival Youth – Propeller

09 stycznia 2017 Recenzje

Rozpoczęcie nowego roku kalendarzowego to dobra okazja do tego, by pójść krok wstecz i sprawdzić te albumy, które całkiem niesłusznie zatonęły w gąszczu innych premier. Takim właśnie wydawnictwem jest Propeller od grupy Carnival Youth – jednej ze wschodzących gwiazd na niebie nadbałtyckiego, melodyjnego indie rocka.

Słowa-klucze i wyobrażenia sytuacji, do których ta muzyka byłaby idealnym soundtrackiem, same układają się na klawiaturze. Lato, niewielka scena jakiegoś europejskiego festiwalu, kolorowe stroje, a w końcu ognisko przy zachodzie słońca. Wizja nie jest jednak w stu procentach hipisowska i idylliczna, dlatego można dołożyć do niej dekadenckie rozmyślania na plaży albo samotną wędrówkę górską. Niezależnie od tego, czy ich twórczość kojarzy nam się pozytywnie bądź negatywnie, jedno trzeba Łotyszom przyznać: potrafią jak nikt oddać w swojej muzyce atmosferę młodości. Z jednej strony to atut, z drugiej bardzo łatwo wrzucić tę formację do tego samego worka co Sekretne życie Waltera Mitty, Into The Wild, wczesne płyty Arctic Monkeys, The Wombats i o niej zapomnieć. Panowie konsekwentnie unikają tego zaszufladkowania, co próbują udowodnić premierowym, wydanym sumptem PopUp Records krążkiem.

Indie rock łączący instrumenty z syntezatorami w ostatnich latach stał się na tyle popularnym gatunkiem, że trudno o brak skojarzeń przy odsłuchu czegoś nowego. I tak już od pierwszych, pojedynczych akordów Connection Lost przypomina mi Vampire Weekend z czasów debiutu czy Contry. Z upływem kolejnych minut lista się rozszerza: dostrzegam podobieństwo z Generationals, The Black Keys, Jagwar Ma (swoją drogą, również niedoceniona zeszłoroczna premiera) czy Wild Beasts. Budowa kawałków jest dość zbliżona – od rytmicznego, narzuconego przez perkusję wstępu (Hunting for the Sun), poprzez wejście charakterystycznego, barwnego brzmienia gitary, aż po efektowne zestawienie wokalu wraz z instrumentami. Trzeba przyznać, że trudno wskórać coś więcej. Niektórzy wykonawcy starają się szarżować głosem, krzyżują często z miernym skutkiem gatunki albo używają wymyślnego sprzętu. Cieszy mnie to, że Carnival Youth znają swoje miejsce – nie starają się być na siłę rewolucyjni, ale łączą własne pomysły z istniejącymi, sprawdzonymi już metodami. Propeller nie jest zatem krążkiem przełomowym, który wiele zmieni. Nie ujmuje mu to jednak nic z jego melodyjności, a przede wszystkim wspomnianej już euforycznej żywiołowości.

Momentami zdaje mi się, że Łotysze korzystali z pomocy jakichś muzycznych trendsetterów. Już na widok samej okładki z rozstrzeloną typografią możemy zacząć zastanawiać się, czy już wcześniej tego nie widzieliśmy. Warstwa brzmieniowa Propeller też zdaje się być perfekcyjnie skrojona w myśl zasady: dla każdego coś dobrego. Dominują gitary, często swobodnie przechodzące od twee popu do math rocka w stylu Foals, ale gdzieniegdzie w tle przebijają się psychodeliczne syntezatory czy partie ksylofonu (Youth is Gold). W całym tym anturażu dobrze odnajduje się zachowawczy, choć przyjemny wokal Edgarsa Kaupersa. Swobodnie czuje się zarówno w piosenkowej wokalizie (Flowers), stonowanych balladach (Fooling Myself), jak też w nieco żywszym, folk-rockowym numerze Underneath the Water. Takie The Last Shadow Puppets z nieco mniejszym rozmachem.

Bez zaskoczenia, za to z uśmiechem na twarzy można przyjąć warstwę liryczną Propeller. Bywa bajkowo, niekiedy surrealnie (Hunting for the Sun, gdzie usłyszymy o świecie z miękkimi poduszkami albo mój faworyt: Seagulls on Bicycles), ale też refleksyjnie. 1q7/4 – choć nieśmiały – jest dobrym manifestem pacyfizmu na niespokojne czasy. Trójka artystów zdaje sobie sprawę, że wokół nas nie fruwają latające tęcze, jednak swoją twórczością pragnie zaszczepić w słuchaczach ducha poszukiwań i nieustającej młodości. Nieprzypadkowo znów wspominam o tej drugiej – w kompozycji Youth is Gold kryje się chyba esencja tego przesłania.

Stwierdzenie, że płyta jest uniwersalna i każdy znajdzie w niej coś dla siebie, brzmi dość naiwnie i przy bieżącym nagromadzeniu świeżych dźwięków traci na mocy.  Choć można zarzucić im zachowawczość i brak eksperymentów, nie każdy zespół potrafi przenieść tyle inspiracji na ledwie czterdzieści minut materiału, zachowując przy tym harmonijność.