Jonathan More (Coldcut): Tworzę wytwórnię, z której jestem dumny

28 listopada 2016 SPRAWDŹ

Gdy rozmawialiśmy, szykował się do setów w Polsce i premiery kolejnego wydawnictwa – pierwszego od 10 lat i 9. w kolekcji. W świecie muzyki pełni(ł) wiele ról – od autora, przed didżeja, aż po wydawcę. I choć zaczynał niemal 40 lat temu, to prócz doświadczenia i szacunku do dawnych technik, chętnie korzysta z dorobku współczesności. Jest w nim sporo sentymentu, nostalgii do czasów przeszłych, lecz równie wiele ciekawości, tak jakby dopiero co zaczynał swoją przygodę z muzyką i chłonął wszystko to, co znajdzie wokół. Tymczasem dziś ma status człowieka, który kreuje trendy, robił to już wcześniej i nic nie zapowiada, by mogłoby to zmienić się w przyszłości. Wszak prócz bycia członkiem Coldcut, pionierskiego duetu, który blisko 30 lat temu wstrząsnął muzyką, jest założycielem Ninja Tune, topowej wytwórni w świecie elektroniki mającej w portfolio takie tuzy jak Bonobo, Floating Points czy The Cinematic Orchestra.

Jonathan More zabrał nas w podróż do przeszłości, z której nie chcieliśmy wracać.

To zabawne. Gdy wydawaliście „What’s That Noise”, mnie nie było jeszcze na świecie.

W zasadzie to, co powiedziałeś, mi schlebia. Wiesz, teraz mogę powiedzieć, że „Coldcut znają dzieciaki, których nie było na świecie w chwili, gdy pojawił się pierwszy album.” (śmiech)

Aż strach zapytać zatem, jak w twojej opinii przez ten czas zmienił się nie tylko rynek muzyczny, ale sam proces tworzenia i odbierania muzyki. Z różnych perspektyw – słuchacza, twórcy, wydawcy – jest lepiej, czy gorzej?

To zależy. Na to pytanie najtrudniej odpowiedzieć z perspektywy muzyka. Z jednej strony Internet i nowe technologie dają ogromne możliwości produkowania muzyki. Nie potrzebujesz dziesiątek instrumentów, muzyków sesyjnych i drogiego studia, by osiągnąć dobry efekt. Możesz nagrać dobry materiał we własnym domu, lecz nie we wszystkich przypadkach to się sprawdza – mówię tu przede wszystkim o artystach tworzących elektronikę czy hip-hop, dla nich dziś jest dużo łatwiej.

W przeciwieństwie do przeszłości, dziś o wiele trudniej jest się wybić. Wiesz, muzyki jest tak dużo, że ludzie nie mają czasu w niej przebierać bez końca – didżeje wchodzą na Juno czy Beatport, dziennikarze śledzą YouTube, wydawcy dostają setki prasówek z demówkami, słuchacze korzystają z serwisów streamingowych, nie mają czasu chodzić do sklepów z płytami. Na początku lat 80. spędzałem całe dnie na diggowaniu. Wchodziłem do sklepu, szperałem po półkach, brałem jakąś płytę i słuchałem w specjalnej kabinie. Zajmowało mi to bardzo dużo czasu, ale było czymś niezwykłym – znalezienie na chybił-trafił czegoś, co naprawdę mi się spodobało, było jak wygrana w loterii. To normalne, że zmarnowałem mnóstwo czasu na płyty, które kompletnie mnie nie zachwyciły, lecz te nagrania, które odkryłem i polubiłem wówczas, są ze mną do dziś, mają wielką wartość.

Artyści mają trudniej, wydawcy też, słuchacze nie do końca, ale tu też pojawia się problem. Podobnie jak kiedyś, dziś w mediach rządzą artyści z wielkich wytwórni. Mamy Internet, więc niezależne wytwórnie czy twórcy mogą z łatwością udostępnić swój materiał i dotrzeć do słuchacza. Problem w tym, że trzeba go znaleźć, a to nie takie łatwe.

A jeśli chodzi o sam proces twórczy – czy korzystasz z nowych technologii, czy jesteś wierny starym metodom i sprzętowi?

Wiem, że to, co powiem jest niepopularne wśród artystów w moim wieku, ale tak, z czystym sumieniem korzystam z nowych technologii. To trochę tak jak z nowymi i starymi autami. Może i stare samochody mają więcej uroku, ale w dłuższej trasie lepiej sprawdzi się nowoczesny pojazd. Nie mam tyle czasu, co kiedyś. Tak, jak powiedziałem wcześniej – w latach 80. spędzałem całe dnie na diggowaniu, dziś korzystam z portali typu Juno, choć nadal kupuję płyty. Jeśli chodzi o produkowanie muzyki, to robię to tak, jak czuję – hardware czy software nie robi mi już tak wielkiej różnicy jak kiedyś.

Dla wielu ludzi to nadal istotne z czego korzysta muzyk w czasie nagrywania płyty lub koncertu – żywe instrumentarium zawsze będzie wyglądać lepiej na scenie, niż stolik z laptopem. Podobnie jest z didżejami, o czym sam dobrze wiesz.

To prawda, tu się zgodzę. Komputery nigdy nie zastąpią żywych instrumentów, a programy prawdziwych umiejętności, aczkolwiek i jedno i drugie może się uzupełniać i sobie pomagać.

Ciągnąc temat didżejów, bo to w zasadzie korzenie twojej twórczości, zadam odwieczne pytanie – co się liczy bardziej: technika czy selekcja?

To jest bardzo dobre pytanie, na które można odpowiedzieć w prosty sposób. Czy mając nawet najlepsze umiejętności, zdołasz poderwać parkiet do tańca słabymi piosenkami? Nie. Za to jeśli nawet będziesz grać z laptopa, a twoja selekcja będzie dobra, to ludzie skupią się właśnie na niej. DJ set jest jak zabieranie ludzi w podróż – wybierając poszczególne kawałki, budujesz nastrój, oprowadzasz ludzi po swoim świecie, pokazujesz to, co twoim zdaniem, jest najbardziej warte zobaczenia. Oczywiście będzie lepiej jeśli zrobisz to w odpowiedni sposób – tu pojawiają się umiejętności techniczne. Miksowanie muzyki może podkreślić to, co w niej najlepsze. Nie zmienia to jednak faktu, iż nawet najlepszy technicznie didżej nie osiągnie sukcesu, jeśli nie potrafi wybrać dobrych piosenek. Inaczej jest w przypadku hip-hopu – tu dobrego didżeja poznaje się po umiejętnościach.

Zapytałem o to, gdyż dziś rano słuchałem set jednego z moich ulubionych didżejów, Motor City Drum Ensemble. Znasz go, prawda?

Tak, to świetny didżej.

Podoba mi się to, że MCDE łączy w swoich setach wiele światów – pojawiają się kawałki rodem z Afryki, disco, funky, a nawet polski jazz.

Tak, to pokazuje jak ważna jest selekcja, choć MCDE to także technicznie doskonały didżej. Ważne jest to, by selekcja miała wspólny mianownik. Gdy gram, chcę by moja muzyka miała w sobie swobodę i chwytliwość funky, nawet gdy nie gram tego gatunku muzyki. Grając hip-hop czy polski jazz, można to zrobić w ten sposób, by ludzie poczuli funk i dobrze się bawili.

Lubię, gdy muzyka mnie hipnotyzuje i sam staram się to robić. Wiesz, Steve Reich tworzy muzykę minimalistyczną, ale potrafi totalnie pochłonąć słuchacza. To samo dotyczy muzyki określanej mianem „soulful”. To w zasadzie nie jest gatunek, to bardziej rodzaj uczucia, które może wywołać każda muzyka.

Wspomniałem o MCDE nie bez powodu, bo mając na uwadze blisko 30-letnią karierę Coldcut, eksplorowałeś muzykę z chyba każdego regionu na świecie, prawda?

Można tak powiedzieć, choć nie lubię heavy metalu niezależnie od tego skąd pochodzi. (śmiech) Z mocniejszego grania to jedynie Led Zeppelin, nic więcej. Gramy od ponad 40 lat, bo zaczęliśmy projekt w 1981 roku, więc przez cały ten czas poznaliśmy niezliczoną ilość płyt i artystów, dzięki którym mogliśmy tworzyć.

Czy mówiąc „mogliście tworzyć”, masz tu na myśli przede wszystkim sampling? Wszak jesteście nazywani „pionierami samplowania”.

To nie do końca prawda, bo przecież muzykę samplowano już wcześniej, robili to choćby didżeje hip-hopowi. Tworzenie muzyki to w sumie takie „podkradanie”, niezależnie od tego, czy samplujesz czy nagrywasz za pomocą instrumentów. Ktoś cię musiał zainspirować, jakaś muzyka musiała ci się spodoba, skoro chcesz ją tworzyć, więc siłą rzeczy podpatrzyłeś to u kogoś innego. Nie ma w tym nic złego, oczywiście w pewnych granicach. Mówiąc o nas jako o „pionierach samplowania”, mogę się zgodzić jedynie jeśli chodzi o samplowanie muzyki pop czy hip-hopu. Co zabawne, samplowaliśmy tych, którzy sami samplowali i nie raz dochodziło do sporów. (śmiech) Oczywiście szanujemy twórczość innych ludzi i wszystko co robimy, staramy się robić w granicach prawa, rozsądku i dobrego smaku.

Chciałbym się skupić na Ninja Tune. Rozmawiałem kiedyś z Nicolasem Jaarem, który prócz bycia producentem, ma swoją wytwórnię, Other People. Zapytałem go, jak ocenia współczesną muzykę z perspektywy wydawcy – dostaje setki demówek, część z nich zostało stworzonych w pokoju, część w prawdziwym studiu. Dla Nicolasa nie miało to znaczenia jeśli muzyka o czymś opowiadała, a nie była tylko zlepkiem dźwięków, co równie często może przydarzyć się „sypialnianym producentom”, co muzykom nagrywającym w studiu.

Zgadzam się z Nicolasem. Muzyka musi mieć charakter, a to powstaje w głowie jej twórcy. Instrumenty czy miejsce, w którym muzyka jest nagrywana, mogą mu jedynie pomóc w tym, by osiągnąć dokładnie to, co wcześniej wymyślił. Jeśli usłyszysz coś, co zrobi na tobie wrażenie, nie będziesz się przejmował tym, czy ktoś nagrał to na laptopie czy w studiu.

Czy wobec dostępu do nowych technologii, w tym serwisów streamingowych, słuchasz dziś więcej muzyki, niż w przeszłości?

Mówiąc szczerze, moja praca opiera się głównie na słuchaniu muzyki. (śmiech) Mogę spędzać na tym całe dnie, ale chyba nie mam aż tak dużo czasu. Gdy byłem młodszy i miałem go więcej, dostęp do muzyki był trudniejszy. Musiałem pójść do sklepu, znaleźć płytę, puścić ją w odtwarzaczu. Dziś wystarczy parę kliknięć. To szybkie i wygodne, ale nadal kupuję płyty, tak jak nadal je wydaję i chcę, by kupowali je inni.

Gdybyś miał wybrać trzy ulubione płyty spośród wszystkich, jakie dotąd ukazały się w Ninja Tune, to które byś wybrał?

To ekstremalnie trudne pytanie. To tak, jakbyś zapytał rodzica, które ze swoich dzieci kocha najbardziej. (śmiech) To naprawdę trudne, ale postaram się nad tym zbytnio nie zastanawiać, bo trwałoby to w nieskończoność. Wybieram zatem Roots Manuva Witness and Fitness, The Cinematic Orchestra To Build A Home i Machinedrum Human Energy. Dwa stare wydawnictwa, jedno nowe. Gdybyś zapytał mnie o to samo jutro, pewnie podałbym ci inny zestaw. (śmiech) Cieszę się, że mam taki wybór, że tworzę wytwórnię, z której jestem dumny. Wydajemy tylko to, co nam się podoba, nie mamy żadnej presji. To najlepsza praca na świecie.