Fakear: „Wchodząc na scenę staram się wyłączyć i przestawić na metafizyczny odbiór świata”

10 września 2016 Wywiady

Fakear to pseudonim pochodzącego z Francji młodego muzyka Theo Le Vigoureuxa. Na sierpniowy festiwal Tauron Nowa Muzyka przyleciał ze świeżym materiałem, jakim jest debiutancki album Animal. Katowickiej publiczności zaprezentował live act wypełniony sporą dawką tanecznej energii, dzięki której porwał wszystkich zgromadzonych w LittleBig Tent Stage. Theo porozmawiał ze mną niedługo po zakończonym koncercie i pomimo dużego zmęczenia promieniował przyjacielską energią. W przyjemnej atmosferze Fakear opowiedział o tym, co jest jego największą inspiracją, jakie wrażenie zrobiła na nim Japonia oraz dlaczego zrezygnował z tętniącego życiem Paryża na rzecz spokojnej górzystej miejscowości.

Podobno jednym z Twoich największych źródeł inspiracji są kreskówki japońskiego twórcy Hayao Miyazakiego. Dlaczego i która z nich jest twoją ulubioną?

Głównie dlatego, że jego filmy są czymś znacznie więcej niż zwykłymi obrazami. To pewnego rodzaju przesyłanie wiadomości do widza – o naszej naturze, o relacjach międzyludzkich. Myślę, że moja ulubiona kreskówka to Księżniczka Mononoke. Główny bohater, Ashitaka widzi świat przez swoisty filtr i ten świat jest wypełniony miłością, chęcią niesienia pomocy innym, po prostu samymi dobrymi wartościami. Trzeba się tym dzielić i to jest wspaniałe, że taką wiadomość wysyła nam, a głównie dzieciom Miyazaki. Większość bajek Disneya to typowe historie miłosne bez większej głębi, posiadające dosyć powierzchowne znaczenie. Oczywiście, mogą zdarzać się wyjątki od tej reguły.

Z drugiej strony mocno inspiruje cię kultura hinduska.

W tym przypadku bardziej chodzi o piękno dźwięku, jakie znajduje w tamtejszej muzyce. Mógłbym to samo powiedzieć, gdyby inspiracja pochodziła z Afryki czy Ameryki Południowej, nie wiem dlaczego upodobałem sobie akurat Azję. Wydaje mi się, że skłoniła mnie do tego łatwość pozyskania materiału, gdyż muzyki typowo orientalnej jest bardzo dużo i nietrudno o jej zdobycie. Inaczej jest na przykład z afrykańskimi melodiami, trudniej odkopać coś wyjątkowego.

Jak na twój stosunkowo młody wiek (24 lata – przyp.red.), osiągnąłeś już całkiem spory rozgłos. Wydaje mi się, że spośród artystów występujących na festiwalu Tauron Nowa Muzyka jesteś w topie, jeśli chodzi o fanów na portalach społecznościowych, nie znajdujesz w undergroundowej niszy jak wielu wykonawców tutaj. Jak sobie z tym poradziłeś?

Myślę, że staram się być nieco obok tego. Rozdzielam siebie na dwie osobowości – sceniczną jako Fakear oraz prywatną jako Theo. Z jednej strony spędzam dużo czasu w trasie, piję ogromne ilości piwa i takie tam (śmiech). Natomiast moje drugie życie to spokojny czas. Żyję z dziewczyną w Szwajcarii i robimy najnormalniejsze rzeczy, jak zwykli ludzie. To niesamowicie ważna sprawa, bo w obecnych czasach łatwo jest stracić nad tym kontrolę i wpaść w nieprzyjemne problemy. Traktuję to trochę jak wojnę ze swoją osobowością: kiedy wracam do domu po koncertach ściągam z siebie strój Fakeara i przywdziewam ten codzienny – staje się Theo. Trzeba myśleć zdroworozsądkowo i to jest podstawą do osiągnięcia sukcesu.

Powiedz coś o swojej podróży do Japonii, jakie wrażenie zrobił na Tobie ten kraj.

Na pewno miałem zupełnie inne wyobrażenie o Japonii i konfrontacja z rzeczywistością była dla mnie małym szokiem. Wydawało mi się, że jest tam raczej spokojnie. Kiedy wylądowałem w Tokio i zderzyłem się z tym całym hałasem, niezliczoną ilością świateł i ludzi, wow. Japońska kultura jest bardzo ambiwalentna. Z jednej strony otrzymujesz niesamowitą dobroć, chęć pomocy i gościnę, ale z drugiej wielki stres, nieustanny bieg za pracą. Ludzie naprawdę śpią w metrze, są w nieustannym cyklu pracy. Dla naszej europejskiej kultury wydaje się to niesłychane. Nie możemy tak żyć, nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni.

Czyli przeprowadzka na stałe nie wchodzi w grę?

Na pewno nie, mogę tam wpadać na wakacje, ale nigdy na stałe (śmiech).

W tym roku wydałeś swój debiutancki album zatytułowany Animal. Znajdują się na niej trzy utwory, do których zaprosiłeś trzy wyjątkowe wokalistki – Rae Morris, Andreya Triana oraz Deva Premal . Opowiedz o współpracy z poszczególnymi.

Z Devą Premal nie było żadnej współpracy, a sytuacja była nawet niemiła. Kiedy światło dzienne ujrzał kawałek La lune rousse, gdzie samplowałem jej wokal, odezwał się do mnie jej management z żądaniem zapłaty. Co więcej, zażądali też pojawienia się jej nazwiska przy utworze, co przecież nie zdarza się w przypadku sampli. Nie chcieliśmy większych problemów, więc zgodziliśmy się na to i dostali swoją część. Jeśli chodzi o pozostałe wokalistki, to dla Andrei zrobiłem wcześniej remiks, więc zaproponowałem jej, żeby pojawiła się na mojej płycie. Odkryłem ją za pośrednictwem Bonobo i już wtedy zakochałem się w jej głosie, tym większą przyjemnością był jej występ w utworze Light Bullet. W przypadku Rae Morris sprawa jest dosyć prosta – mamy tego samego managera. Skontaktował nas, spotkaliśmy się w studio i nagraliśmy aż dwa numery – Silver i Leaving Tokyo. To była naprawdę przyjemna współpraca i jak słychać – owocna.

Silver, w którym śpiewa Rae Morris to twój największy przebój.

Tak, to bardzo popowy kawałek, pewnie stąd też jego sukces.

Twój pseudonim Fakear odnosi się do ascetycznych muzułmańskich mnichów? Istnieje pomiędzy wami jakiś związek?

Tak, to prawda. Chociaż podstawowym powodem, dlaczego mój pseudonim tak brzmi jest gra słowna. Fakear oznacza dosłownie ‚sztuczne ucho’. Tworzę muzykę na komputerze, więc nie jest do końca ‚prawdziwa’. Takie sobie wymyśliłem przesłanie. Po francusku brzmi to dosyć podobnie, więc również mnie to cieszy. Wracając do wspomnianych mnichów to faktycznie czytałem o nich sporo i idea fizycznego cierpienia dla mistycznych doznań i celów wydaje się posiadać jakiś sens. Lubię ten koncept nie ze względu na zadawanie sobie bólu, ale ze względu na jego dużą spirytualność. Wchodząc na scenę staram się wyłączyć i przestawić na metafizyczny odbiór świata. Główną rolę grają wtedy emocje i uczucia, zarówno moje, jak i odbiorców.

To ciekawe, bo tworzysz muzykę dosyć przystępną, można by rzec popową, a z drugiej strony mówisz o głębokich emocjach. Tego typu rzeczy często się wzajemnie wykluczają, jednak tutaj dobrze ze sobą współpracują.

Zdecydowanie. Dorastałem w muzycznej rodzinie, moi rodzice byli profesjonalnymi muzykami i w domu zawsze wybrzmiewała muzyka. Oprócz rockowych czy popowych rzeczy, starałem się słuchać sporo jazzu i klasyki. To w pewien sposób ukształtowało moją emocjonalność. Inna kwestia to moja dziewczyna, którą poznałem ponad rok temu. Jest bardzo otwarta na wszelakie duchowe sprawy i mnie również tym zainteresowała. Odważyłem się inaczej spoglądać na muzykę i świat. I nie ma to raczej podłoża religijnego, po prostu czysta duchowość bez dorabiania ideologii. Otwierasz w umyśle kolejne etapy świadomości, starasz się spojrzeć nieco dalej i dostrzegać nie tylko oczywistość.

Ze względu na dziewczynę wyprowadziłeś się też z Paryża.

Tak, poznałem ją w Szwajcarii. Miało to też związek z górami i ich wyjątkowością. Potrzebowałem nieco odpocząć od zgiełku miasta i się wyciszyć. Może nie powinienem tego mówić, ale w Paryżu mieszkałem z moją poprzednią dziewczyną, lecz gdy poznałem obecną to było jak strzał Amora. Miłość od pierwszego wejrzenia, nie mogłem się kompletnie temu oprzeć. Przez cały czas nie wychodziła mi z głowy i też dla niej przeprowadziłem się do małej miejscowości w górach. Widzisz, tutaj też mamy odniesienie do ascezy – praktycznie zerowa komunikacja, maksimum 500 osób tutaj żyjących – zupełne przeciwieństwo wielkiego Paryża (śmiech).