HONNE: „Śpiewamy o radosnej miłości”

14 listopada 2016 Wywiady

Od dwóch lat konsekwentnie budowali swoją pozycję. Najpierw przez Warm On A Cold Night, ciepłe, sensualne, poruszające serca i wyobraźnie. Dwóch chłopaków z Anglii skradło serca słuchaczy i krytyków. Wszystkie oczy zwrócono na nich. – A my to jesteśmy w Polsce znani? Wszyscy traktują nas tutaj jak gwiazdy! – mówili przed swoim pierwszym koncertem w naszym kraju, na gdańskim Soundrive. Otóż są znani i obiecali wrócić.

Co jest tak pociągającego w Azji, w Japonii dokładnej, że to właśnie te motywy są mocno widoczne w waszej twórczości?

Andy Clutterbuck: Wielu moich znajomych kocha Japonię, nie mogą przestać o niej opowiadać. Sam w pewnym momencie się nią zafascynowałem i zastanawiałem, podobnie jak ty, co jest w tym kraju takiego pociągającego. Spakowałem plecak i pojechałem na wakacje do Tokio – to było niesamowite uczucie. Kilka lat później przeprowadziłem się tam na jakiś czas, bo moja dziewczyna tam pracowała, i chciałem wykorzystać pobyt najlepiej jak się dało. Już wtedy zaczęliśmy działać razem. Chociaż nazwy jeszcze nie mieliśmy.

James Hatcher: Japonia nas zainspirowała do tego, żeby nazwać się Honne. Tam słowo hon’ne oznacza prawdziwe uczucia, emocje. Stwierdziliśmy, że ta nazwa pasuje do muzyki, którą chcemy robić.

Sprawdziliście już jak rynek azjatycki przyjmuje waszą muzykę?

J.H.: Jeszcze nie, dopiero się wybieramy. Mamy zaplanowane koncerty w Tokio, w Osace i w Korei Południowej. Zaczynamy w listopadzie ale jesteśmy bardzo podekscytowani. Nie wiemy do końca czego się spodziewać ale, ku naszemu zdziwieniu, największe koncerty mamy w Seulu i Korei. Gramy w klubach, które mieszczą dwutysięczną publiczności. Niektóre europejskie kluby w których gramy nie są tak pojemne.

Azjaci są bardzo otwarci na rynek europejski, wiele polskich twórców często wybiera się tam w trasy koncertowe.

A.C.: Tak, wydają się bardzo otwarci, ciekawi. Dla nich Europa jest trochę „egzotyczną ciekawostką”, którą chcą zgłębić i poznać dokładniej.

Jak już rozmawiamy o Azji to nie mogę nie zapytać o jedzenie – wiem, że obaj jesteście wielkimi fanami kulinariów.

A.C.: Wcale nie musimy gadać o muzyce – możemy ciągle gadać o jedzeniu! (śmiech). Tak, jedzenie w Azji jest super, najlepsi kucharze w Anglii nie oddadzą tych smaków.

J.H.: Moja dziewczyna mieszka w Tokio i ciągle powtarza, że ramen w Anglii, nawet ten w oryginalnej azjatyckiej knajpie, nie będzie smakował tak jak w Tokio. U nas traktowany jest jak porządny posiłek, jak obiad, u nich – to po prostu fast-food. Też chcę zamiast frytek mieć ramen jako fast-food (śmiech). To prosta różnica, ale pokazuje jak bardzo nasze kultury są odmienne.

A.C.: Polskiego jedzenia nie próbowaliśmy, ale dużo słyszeliśmy o pierogach.

J.H.: Nasz przyjaciel, który teraz mieszka w Szwecji i jest głosem na początku Warm On A Cold Night, jest fotografem. Kilka tygodni temu był w Polsce i robił zdjęcia zespołowi, który się nazywa … The Dumplings (śmiech).

Skoro już wspominacie sami o Warm On A Cold Night – utwór ukazał się dość dawno. Czemu tak długo zwlekaliście z wydaniem debiutanckiego albumu i karmiliście ludzi singlami?

A.C.: Dobra, czyli znowu zaczynają się poważne tematy. Chcieliśmy się podroczyć trochę z fanami, budować napięcie.

J.H.: Chcieliśmy mieć wystarczająco dużo czasu żeby dorosnąć, zbudować pewien fundament i swoje brzmienie. Chcieliśmy być z tego dumni i przede wszystkim – żeby fani byli z nas dumni. Poza tym bardzo dużo piszemy dlatego pisaliśmy do tego momentu kiedy nie mieliśmy wystarczająco dużo materiału. Potem mieliśmy z czego wybierać.

A.C.: Kiedy robisz coś kreatywnego chcesz się tym pochwalić jak najszybciej. My chcieliśmy się trochę wstrzymać i dorosnąć do tego materiału.

To też wymaga niesamowitej cierpliwości.

J.H.: Ludzie kochają nową muzykę, ale teraz jest jej tak dużo, że czasem trudno to wszystko przetrawić. Lepiej mieć maksymalnie dziesięć utworów, ale dobrych i przygotowanych najlepiej jak można.

Odważnie było tak brać na przeczekanie wszystkich. Sami mówicie, że teraz jest bardzo dużo muzyki – nie baliście się, że przepadniecie po czasie?

A.C.: Nie, dlatego stopniowo wypuszczaliśmy nowe propozycje. Postanowiliśmy umieścić je na płycie, bo nie każdy śledził naszą działalność od początku. To, co dla ciebie jest przypomnieniem czy powtarzaniem dla kogoś innego będzie nowością. Poza tym – jesteśmy bardzo dumni i zadowoleni z naszych pierwszych utworów. Wiemy, że teraz jest dużo zespołów które grają podobną muzykę do naszej, ale nie jest powiedziane, że my będziemy cały czas podążać tą drogą. Oczywiście nie będziemy nagle grać heavy metalu ale nie jest powiedziane, że ciągle będziemy grać to samo.

Jesteście ubrani na czarno i tacy posępni – heavy metal pasuje jak ulał! To może spróbujecie grać bardziej akustycznie?

A.C.: Czyli też się wpisujesz w krąg miłośników naszego grania akustycznego? (śmiech) Wiesz, bardzo lubimy grać akustycznie. Jest tam dużo więcej tego „soulu”, lubimy trochę rozebrane sesje. Od zwykłego pianina zaczynamy komponować nasze utwory – to dla nas podstawa grania.

To na jaką cholerę dodajecie tam elektronikę?!

J.H.: No wiesz, ale krzyczeć nie musisz (śmiech). Chcieliśmy trochę urozmaicić nasz muzykę. Chcieliśmy mieć dobrą podstawę akustyczną i ją trochę podkręcić.

A.C.: To jest dobre założenie. Na scenie możemy grać wersje elektroniczne ale gdy trzeba ograniczyć to jedynie do piana James’a i mojego wokalu. To dalej będzie utwór, który do kogoś dotrze. Poza tym jakbyśmy napisali album jedynie akustyczny to byłyby pytania „dlaczego tylko akustycznie?”. Wiesz, zawsze będzie ktoś, kto się przyczepi. I zawsze gdy na scenie wysiądzie prąd jakoś sobie poradzimy bez elektronicznych dodatków.

Ja się nie czepiam – jedynie dopytuję. To będę drążyć dalej. Robicie muzykę bardzo intymną, sensualnym, która świetnie się sprawdza w wersji akustycznej. Wychodząc na scenę nie jesteście onieśmieleni dzieląc się tymi opowieściami?

A.C.: Wiele naszych opowieści jest w gruncie bardzo pozytywnych dlatego chętnie o tym śpiewamy. Wtedy tworzy się taka ciepła atmosfera, śpiewamy raczej o radosnej miłości. Taka istnieje a publiczność też jest wtedy bardzo szczęśliwa.