Koło ratunkowe / OFF Festival 2016

16 sierpnia 2016 Relacje

Tegoroczna edycja OFF Festivalu, ze względu na kontrowersyjne wydarzenia jej towarzyszące, dla wielu uczestników wiązać się będzie z negatywnymi wspomnieniami. Odwołanie koncertu The Kills na dzień przed pierwszym rozpoczęciem festiwalu, czy wywołana chorobą absencja ANOHNI ogłoszona na kilka godzin przed planowanym występem tak bardzo rzutują na całe wydarzenie, że po prostu nie da się właśnie od nich rozpocząć podsumowania tegorocznej edycji odbywającego się od kilku lat w Katowicach festiwalu. To co było jednak dużym rozczarowaniem dla ludzi, którzy kupili bilet głównie ze względu na odwołanych artystów, było prawdziwą katastrofą dla organizatorów. To oni musieli zmagać się z trudnościami, o których nie śnili nawet w najgorszych koszmarach. Wiadomości o odwołanych występach dotarły do nich na tyle późno, że nie mieliśmy prawa już oczekiwać, iż uda się im w jakiś sposób zrekompensować odniesioną stratę. Na całe szczęście, co udowodnione zostało już pierwszego dnia, OFF Festival jest na tyle uznaną marką, że dzięki swoim cichym bohaterom potrafi wybronić się z nawet najgorszej nieprzewidzianej katastrofy.

Pierwszy dzień festiwalu jak co roku zapowiadał się intrygująco. Dla wielu osób pierwszym koncertem tej edycji był występ amerykańskiej formacji Show Me The Body. Trio zagrało jeden z najkrótszych koncertów, na jakich miałem przyjemność być, aczkolwiek niezwykle oddana i energiczna postawa zespołu i dobry kontakt z publicznością sprawił, że niemal każdy wyszedł spod sceny Trójki zadowolony. Nieco ponad trzy godziny później w tym samym miejscu pojawili się Minor Victories, których gra w studiu jak i na żywo okazała się rozczarowaniem. Znacznie więcej oczekiwano po takich postaciach jak Rachel Goswell, czy Stuart Braithwaite, tymczasem w ich wspólnej twórczości nie odnajdujemy tyle piękna, ile jest w muzyce ich macierzystych formacji. Mimo wszystko pierwszy dzień OFF Festivalu pozbawiony był skrajnych emocji wyniesionych z poszczególnych koncertów poza jednym z nich, który odbył się na scenie eksperymentalnej. Nie była to Jenny Hval, która niekoniecznie skupiona była na samej muzyce, a raczej na treści przekazywanej w tekstach na scenie i manifestacji poglądów, które miały trafić do odbiorców. Wieczór tego dnia należał do The Master Musicians of Jajouka. Mimo tego, że artyści utracili bagaże zawierające tradycyjne stroje, w których występują na każdym z koncertów, bez żadnych kompleksów dzięki swojej muzyce przenieśli całą publiczność na godzinę do Maroka, a więź, która wywiązała się pomiędzy zespołem a odbiorcami nie pozwoliła nikomu stać w miejscu. Dzięki magii towarzyszącej ich koncertom legenda formacji trwa i z pewnością dalej będzie przekazywana z pokolenia na pokolenie. Na koniec dnia przypadły występy Andreasa Weatheralla z Romanem Flugelem na scenie T-Mobile Electronic Beats oraz najgłośniejszej nazwy tego wieczoru, czyli Devendry Banharta, który pojawił się na scenie Miasta Muzyki. Legendarni producenci muzyki elektronicznej zagrali niezapomniany set, dzięki któremu mogliśmy poczuć klimat nieistniejącej już Haciendy wymieszany z berlińską sceną techno, a dodatkowy urok temu wydarzeniu dodały intensywne opady deszczu, które ustały, kiedy rozpoczął się koncert urodzonego w Teksasie artysty. Nie ma cienia wątpliwości, że charakter jego występu byłby bardziej przystępny o godzinie 22, co nie zmienia faktu, że Devendra zachowaniem na scenie wzbudzał sympatię wszystkich zgromadzonych, a zagrany przez niego materiał ucieszył wszystkich fanów. Dominował materiał z wydanej trzy lata temu płyty Mala, co więcej muzyk zaprezentował trzy utwory z nadchodzącego krążka o tytule Ape in Pink Marble. Na temat koncertu Devendry usłyszeć można różne opinie, co nie zmienia faktu, że w odczuciu wielu osób był on pozytywnym zamknięciem pierwszego dnia tegorocznego OFF Festivalu.

Drugi i trzeci dzień festiwalu były znacznie większym wyzwaniem dla organizatorów i uczestników, ponieważ to właśnie na te dwa dni przypadały koncerty, które w ostatnim momencie zostały odwołane. Artur Rojek od kilku edycji daje szanse występu na swoim festiwalu coraz większej liczbie artystów z Afryki, co poskutkowało zaproszeniem między innymi pochodzących z Egiptu Islam Chipsy, Ata Kak, który do Katowic przyleciał z Ghany i urodzonego w Nigerii Orlando Juliusa. Wspomniani wykonawcy wystąpili w sobotę, a łączy ich nie tylko to, że zamieszkują na jednym kontynencie. Te cztery koncerty z pewnością można zakwalifikować do najlepszych tegorocznej edycji. Egipcjanie dali dwa występy, pierwszy z nich według rozkładu na scenie Electronic Beats, gdzie wprowadzili publiczność w ekstazę dynamiką swojej muzyki oraz drugi, spontaniczny występ w zastępstwie za Wileya, który również okazał się sukcesem. Ata Kak z kolei nawiązał świetny kontakt z publicznością zgromadzoną pod sceną eksperymentalną. Energia płynąca z jego twórczości i ruchów scenicznych sprawiła, że drewniana podłoga zaczęła się uginać pod intensywnie tańczącymi uczestnikami występu. W tym samym miejscu po Ghańczyku pojawił się Orlando Julius & the Heliocentrics, legendarny saksofonista, pionier afrobeatu, który w żaden sposób nie daje po sobie poznać, iż na scenie występuje już od lat pięćdziesięciu. To, co dla nas było okazją do kontaktu z afrykańskimi rytmami, dla artystów było możliwością obcowania z publicznością festiwalową, dla której nie występują codziennie. Niezwykła radość płynąca z tego, że otrzymali okazje znaleźć się na scenie w państwie, w którym zostali tak entuzjastycznie przez wszystkich zgromadzonych, włączając w to organizatorów, sprawiła, że te koncerty były w odczuciu wielu aż tak wyjątkowe. Ta okazja do odnalezienia piękna w najmniej spodziewanym miejscu jest właśnie tym, co czyni OFF Festival wyjątkowym. Jest wiele innych przereklamowanych wydarzeń w Polsce, na które po pierwsze taki artysta nie otrzymałby zaproszenia, po drugie żaden z uczestników nie zwróciłby na ten element programu uwagi chociażby dlatego, że taka nazwa Ata Kak po prostu nic im nie mówi.

Podobnego nastawienia u samych artystów brakowało natomiast u powracających po dwudziestu latach Lush, których występ zaczął rozkręcać się dopiero od połowy prezentowanego materiału. Miło było usłyszeć utwory z kultowych Split, czy składanki Gala, aczkolwiek ze wszystkich powrotów shoegazowych zespołów z lat 90. ten okazał się najmniej emocjonujący. W przypadku tegorocznej edycji muzyki stricte gitarowej było nieco mniej, jednak ci, którzy bali się, że z tego powodu będą odczuwać niedosyt z pewnością wyszli zaspokojeni w sobotę spod sceny po świetnym energicznym koncercie FIDLAR oraz Mudhoney, którzy wystąpili ostatniego dnia festiwalu, kiedy to najciekawsze rzeczy miały miejsce na scenie T-Mobile Electronic Beats. Jako pierwsi w tym miejscu zaprezentowali się Jóga, wciąż nabierający doświadczenia, aczkolwiek rozwijający się w dobrym kierunku zespół. Po zmroku niezwykły klimat stworzył Pantha du Prince, którego aranżacje na żywo wypadają jeszcze lepiej niż na świetnej, tegorocznej płycie The Triad. Ciężko zdecydować o tym, kto dał najlepszy występ tego wieczoru na wspomnianej scenie, czy był to niemiecki producent, czy islandzki duet Kiasmos. Mimo tego, że Ólafur Arnalds po wypadku na rowerze doznał złamania żeber i na zdrowy rozsądek nie powinien tego dnia pojawić się w Katowicach, koncert zapadnie w pamięci jako jedno z najważniejszych wydarzeń tej edycji festiwalu, a determinacja Arnaldsa sprawiła, że zyskał on w oczach polskiej publiczności jeszcze większą sympatię. Miejsce odwołanej ANOHNI na scenie Miasta Muzyki zajął spóźniony Thundercat, po którym widać było, do czego z resztą sam się przyznał, że także jest świeżo po przejściach. Mimo rozczarowania wielu osób z powodów wiadomych, występ Stephena Brunera w tym miejscu i o tej godzinie był strzałem w dziesiątkę. Jego kunszt gry na sześciostrunowym basie robił niemałe wrażenie, a jego muzyka niezwykle dobrze komponowała się z otaczającą go aurą i być może też ze względu na podbite oko, koncert Thundercata był niezwykle autentyczny. Jestem pewny, że o godzinie 17:50, o której Amerykanin miał pierwotnie się pojawić na scenie, nie dałoby się odczuć tych samych emocji, którymi emanował jego występ po północy. Dzięki chorobie Antony Hegarty Thundercat okazał się jednym z największych zaskoczeń tej edycji i bez kompleksów wypełnił lukę po wspomnianej artystce.

Wydawać się może, że tegoroczna edycja OFF Festivalu będzie dla wszystkich przełomowa. Towarzyszące jej wydarzenia związane z niespodziewanym odwołaniem koncertów przez The Kills, GZA, czy ANOHNI z pewnością wpłyną na organizatorów i będą rzutować na kolejne edycje obywającego się co roku w Katowicach wydarzenia. To nie wielkie nazwy decydują o sile tego festiwalu, ponieważ magii temu wydarzeniu nadają występy, podczas których artysta w pewien sposób łączy się z publicznością, co znacznie częściej zdarza się w trakcie koncertów o bardziej skromnym charakterze. Mimo wielu negatywnych komentarzy w stronę Artura Rojka miejmy nadzieję, że będzie on kontynuował obraną politykę kreowania tego festiwalu i jak co roku otrzymywać będziemy dawkę niezapomnianych emocji i wspomnień, które pozwalają zapomnieć i zepchnąć na margines towarzyszące festiwalowi kontrowersje związane z eko-kubkami, żołnierzami wyklętymi, korkami od butelek po wodzie i zachorowaniami wśród artystów.