Krzysztof Zalewski: „Uwierzyłem w metodę małych kroków”

11 grudnia 2016 Wywiady

Na swoim koncie ma m.in. współpracę z Nosowską, Brodką czy Męskim Graniem, a niedawno ukazał się jego najnowszy – trzeci w karierze – album Złoto. To płyta, o której powiedziano już całkiem sporo, ale mnie bardziej interesowało co na jej temat powie mi sam twórca – Krzysztof Zalewski. Spotkaliśmy się tydzień po premierze nowego krążka, przy okazji koncertu NowOsiecka w Katowicach. Krzysztof opowiedział mi o tym jak (nierzadko w trudach) powstawały teksty na nową płytę, o relacji pomiędzy sztuką a rzemiosłem, a także o artystce, z którą na scenie rozumie się bez słów.

Michalina: Lękasz się jeszcze przeciętności?

Krzysztof: Pewnie, że tak, ale nie szarpię się już tak wewnętrznie jak kiedyś. Uwierzyłem w metodę małych kroków. Doszedłem do tego, że pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć w ciągu jednej nocy, więc zamiast jęczeć, że nie jestem Zappą czy Bowiem – cieszę się, że mogę pracować z tym co mam i udoskonalać swój warsztat wokalny, instrumentalny, piosenko-pisarski. Cieszę się, że nadal mogę się czymś zaskoczyć.

Moim zdaniem, po ostatnich dwóch płytach – Zeligu i wydanym przed chwilą Złocie, możesz już być spokojny.

Spokojny – nie wiem. Może nieco spokojniejszy. Mam nadzieję, że ze Złotem uda nam się zrobić krok dalej na drodze do tzw. „sukcesu”. Nie po to, żeby liczyć później złote monety, tylko żeby mieć możliwość nagrywania płyt dla coraz większej rzeszy ludzi, czy mieć możliwość grania coraz większej ilości koncertów.

Pierwsze zapowiedzi następcy Zeliga pojawiały się już w roku 2013. Tymczasem mamy końcówkę 2016, więc jakby na to nie patrzeć, spora obsuwa.

No tak, równe trzy lata. Jednak biorąc pod uwagę, że ostatnią płytę robiłem ponad osiem, a tu w między czasie zagrałem pewnie z dwieście koncertów – z moim zespołem, solo, z Brodką czy z innymi wykonawcami – to myślę, że i tak jest całkiem nieźle. Poza tym nauczyłem się paru rzeczy przy pracy nad Złotem, więc może następną płytę uda się nagrać ciut szybciej.

W wywiadach powtarzasz, że w przeciwieństwie do czasu kiedy debiutowałeś, teraz jesteś dobrze przygotowany do zawodu. Większość twórców głosi, że robi sztukę, a ty mówisz, że wykonujesz swój zawód. To praca jak każda inna?

Może nie jak każda inna, bo daje niesamowicie dużo satysfakcji. Natomiast tak jak w każdej innej pracy trzeba nabyć pewnych umiejętności, żeby móc ją wykonywać. Aby wznieść na rejony sztuki – a to jest ambicja i aspiracja każdego, kto chciałby być artystą – trzeba najpierw nauczyć się języka, żeby móc porozumieć się z widzem/słuchaczem. Nawet Michał Anioł musiał najpierw nauczyć się rzemiosła – jak stukać w kamień, żeby inni ludzie mogli ujrzeć te wszystkie piękne wizje, które miał w głowie. Oczywiście ja nie porównuje absolutnie tych dwóch poziomów, bo póki co, moja radosna twórczość nie aspiruje do miana sztuki wysokiej – ciągle robię w tak zwanej rozrywce. Ale to nie zmienia faktu, że nawet robiąc w rozrywce trzeba umieć śpiewać, grać na gitarach, bębnach, basach, fortepianach, żeby to wszystko dźwignąć. Zawsze u podłoża sztuki leży rzemiosło.

W którym momencie stwierdziłeś, że opanowałeś już ten język?

Ciągle jeszcze nie nauczyłem się go w takim stopniu, w jakim bym tego chciał czy też w takim, który uznałbym za satysfakcjonujący. Zrozumiałem jednak, że nie ma sensu dłużej czekać, bo radykalnie lepszy nie będę i z tymi umiejętnościami, które mam muszę wyjść do ludzi. To była świetna decyzja, bo można się w piwnicach i studiach przygotowywać dekadami, ale dopiero na bojowym szlaku, czyli na trasie koncertowej weryfikuje się swoje umiejętności. Na jednym koncercie człowiek jest się w stanie nauczyć pięć razy więcej, niż przez tydzień intensywnych prób, bo to jest inny rodzaj skupienia. Koncert to jest ten moment, który dzieje się tu i teraz. Cieszę się, że w końcu wyszedłem z cienia, bo przez ostatnie trzy lata grania nauczyłem się więcej, niż w trakcie ośmiu lat rzeźbienia Zeliga w studio.

Wspomniałeś przed chwilą o występach z innymi artystami, a masz ich już na koncie całkiem sporo. Takie koncerty to dla ciebie nieustanna nauka czy tylko praca?

Zarówno z Heyem, jak i z Muchami, Nosowską czy Brodką nauczyłem się bardzo wiele, między innymi jak obsługiwać wszystkie te aparaty sceniczne. Z drugiej strony, grając swoje koncerty i stojąc na pierwszej linii też uczę się kompletnie nowych dla mnie rzeczy. Przede wszystkim komunikacji z publicznością. To jest ta podstawowa różnica, że poziom odpowiedzialności w trzecim rzędzie jest zupełnie inny niż z przodu.

Bo trudniej jest stać na froncie?

Na pewno trudniej, jest to dużo bardziej wykańczające, i psychicznie i fizycznie. Kiedy stoję z tyłu i mam już opanowany materiał to mogę wyjść na scenę skrajnie zmęczony, widząc na jedno oko, ale zagram i wszystko będzie dobrze. A jak stoję z przodu to muszę tryskać energią, żeby tych ludzi do siebie przyciągnąć. Nie chodzi o to, żeby grać sobie a muzom, ale żeby ten strumień energii wbić im prosto w czaszki.

W kontekście twojej osoby często pojawia się takie zdanie: „najbardziej niedoceniony artysta w kraju”. Odpowiada ci taki stygmat?

(śmiech) Myślę, że mam dużo szczęścia w życiu. To bardzo miłe, że tak mówią, ale nie czuję się niedoceniony.

Wróćmy do Złota. Mój faworyt z tej płyty to utwór Jak dobrze, w którym pojawia się Natalia Przybysz. Już na etapie tworzenia wiedziałeś, że zaśpiewacie go razem?

Poniekąd…

[Po tym pytaniu musieliśmy zmienić miejsce naszej rozmowy. Weszliśmy do garderoby, wewnątrz stały dwa fotele, pomiędzy nimi stolik, a na środku pomieszczenia fortepian. Ledwo przekroczyliśmy próg drzwi, Krzysztof nie zdążył nawet zdjąć płaszcza, a już siedział przy fortepianie i oczywiście – grał. W tym czasie ja ponownie porozkładałam swoje dziennikarskie akcesoria i wróciliśmy do wywiadu.]

Na czym stanęliśmy? A już wiem, na Jak Dobrze.

Właśnie, czy od początku wiedziałeś, że w tym utworze będzie Natalia?

Niezupełnie od początku, bo podkład do tej piosenki zrobiliśmy półtora roku temu, na jednej z wyjazdowych sesji do Studia Tonn w Łodzi. Potem ja się długo mocowałem z tym tekstem, próbowałem podejść go z wielu stron, ale jakoś nie szło. I tym sposobem, akurat ten numer został na sam koniec pracy nad albumem. Wiedziałem już, że nie mam na płycie żadnego gościa, więc naturalną koleją rzeczy pierwszą osobą, o której pomyślałem była Natalia. Śpiewaliśmy już razem – na Fryderykach, na Sylwestra, ostatnio Beatlesów i okazało się, że nasze głosy dobrze współbrzmią.

Miód, który zaśpiewaliście razem na Fryderykach zabrzmiał świetnie.

Dzięki! Rzeczywiście jest tak, że rozumiemy się bez słów. Podświadomie czujemy, gdzie każde z nas może skręcić i chciałem tę magię jakoś wykorzystać. Wymyśliłem, że stworzymy tekst wspólnie, dlatego napisałem tylko połówkę i zostawiłem Natalii drugie pół do zagospodarowania. Ona jednak była w trakcie nagrywania swojego albumu i miała bardzo dużo pracy, więc musiałem dokończyć wszystko samodzielnie. A kiedy już miałem dostępne studio, żeby zmiksować ten numer i wypalić na płytę – to już była absolutna końcówka i czekałem tylko na wokal Natalii – okazało się, że jej syn się rozchorował i była poważna obawa, że nie uda nam się tego utworu wypuścić. Natalia jest jednak bardzo słowną osobą i mimo tego, że musiała zajmować się synem to wyskoczyła na godzinę do studia, zaśpiewała i wysłała mi ślady. To jest Natalia, więc ona śpiewa raz i jest tak jak powinno być, więc szczęśliwie się udało, a swoją obecnością wzniosła ten numer na wyżyny.

Jest szansa, że Natalia będzie się pojawiać w tym numerze na koncertach?

Wczoraj na koncercie w Pałacu Kultury zaśpiewała z nami tę piosenkę. Na pewno pojawi się jeszcze na koncercie w Stodole 23 lutego. A na pozostałych koncertach, cóż… Mam już pewne doświadczenie w udawaniu Natalii (czasami śpiewałem jej Miód na moich koncertach), więc jakoś będziemy jej obecność „symulować”.

Teledysk do utworu Miłość Miłość absolutnie mnie zachwycił. To doświadczenie rzeczywiście wiązało się z takimi emocjami jakie są tam widoczne?

Tak, zdziwiłem się nawet, że tak mało jest ujęć z moimi przekrwionymi oczami, bo w trakcie kręcenia ryczałem jak bóbr. Niebezpiecznie intymne doświadczenie. Z jednej strony duże emocje, a z drugiej ogromne wyzwanie fizyczne, żeby jakoś podołać siedząc bez ruchu z tyloma filiżankami. Wystarczył mały ruch nadgarstkiem, żeby całą scenografię ustawiać od nowa. Na szczęście Natalia jest joginką i dla niej długotrwałe siedzenie bez ruchu w niewygodnej pozycji to jak spacer po parku, więc miałem się od kogo „odbić”.

„Nie zostało po mnie nic / Nie zapisał mi się ślad / Nie dopchałem się na szczyt / Trzeba było dłużej spać”. Czy to są twoje autentyczne obawy?

Każdy, w wielu okresach swojego życia, a nawet w ciągu jednego dnia mierzy się z przeróżnymi myślami. Raz widzisz szklankę do połowy pełną, a raz do połowy pustą. Wahałem się, czy ten tekst nie będzie takim żaleniem się i czy nie za bardzo się w nim odsłaniam. Ten numer (Chłopiec) robiliśmy dość dawno, świeżutko skończyłem trzydzieści lat i takie myśli przychodziły mi wtedy do głowy. Chciałem napisać ten tekst do siebie, w związku z przekroczeniem tej magicznej granicy trzydziestki.

Chyba nie zadręczasz się stale takimi pytaniami?

Chyba coraz mniej, bo im więcej gram koncertów, tym mniej mam powodów by się zadręczać. Poza tym, to jest miałkie, egoistyczne i próżne podejście, a tekst był mimo wszystko pisany z przymrużeniem oka. Z punktu widzenia drogi mlecznej wszyscy jesteśmy ze wsi, szansa na to, że będziemy Mozartami jest znikoma, a pewnie nawet Mozart kiedyś zejdzie w niepamięć. Trudno sobie roić, że mi pomnik postawią, też i po co? Wers o placu miał być raczej humorystyczny („Nie zostało po mnie nic/Nie nazywa się mną plac” – przyp. M.S.). Z drugiej strony, ta dzika ambicja pcha mnie, żeby działać. Odpowiedzią na te dylematy jest po prostu większy luz i naprawdę czasem lepiej jest dłużej pospać, niż się mocować samemu ze sobą.

Czyli nie jest to kwestia, która nie daje ci spać?

Nie, ja śpię całkiem dobrze, choć oczywiście mam lekki przerost ambicji. To czasami nawet pomaga, jak w przypadku kręcenia teledysku z Natalią, kiedy nie mogłem pokazać, że jestem od niej gorszy, więc wytrzymałem te męki piekielne i siedziałem godzinami bez ruchu. Natomiast wiadomo, że ambicja czasami…

Może trochę uwierać?

Tak, może trochę uwierać.

Zostając przy tekstach – Uchodźca. Temat jest drażliwy, budzi wiele emocji, a sposób w jaki o tym śpiewasz to moim zdaniem czytelna deklaracja. Wyrażasz swoje emocje czy manifestujesz?

Przyszło nam żyć w takich czasach w Polsce, kiedy mocno polaryzują się pewne siły i poglądy. To jest już taki moment, kiedy nie wypada się nie wypowiedzieć. Oczywiście nie namawiam, żeby ludzie wyszli razem ze mną na barykady, ale nie mogę zupełnie milcząco przechodzić obok tego co się dzieje, mówiąc że ja tylko piszę piosenki o miłości i że mnie to nie obchodzi. Jestem daleki od narzucania komukolwiek swoich poglądów, ale też nie chciałbym żeby ktokolwiek narzucał mi siłą swoje, dlatego potrzebowałem napisać piosenki Polsko i Uchodźca. Problem tylko polegał na tym, że kiedy próbuję uderzyć w takie społeczno-polityczne tony to najczęściej straszny patetyzm bije z moich tekstów, a tego bardzo chciałem uniknąć. Próbowałem pisać sam, ale w końcu poszedłem po rozum do głowy, schowałem ego do kieszeni i zadzwoniłem po kolegów, których uważam za znakomitych poetów, czyli po Michała Wiraszko i Budynia (Jacka Szymkiewicza). Z Michałem napisałem piosenkę Polsko, gdzie zostawiliśmy moje refreny, a nad zwrotkami męczyliśmy się razem. Uchodźcę także napisaliśmy wspólnie z Michałem, a Budyń dopisał tę kodę o Aniele Stróżu, bardzo piękną.

Skoro tak się męczysz z pisaniem tekstów, to czy nie wolisz całkowicie przekazać tego zadania komuś innemu?

Nie, bez przesady. To, że się męczę nie znaczy, że nie daję rady. Mimo wszystko te teksty się bronią i ich odbiór jest pozytywny, co widzę po Zeligu, który ma już te parę lat. Wydaje mi się, że skoro mam coś do powiedzenia i jakoś potrafię to zrobić, to wypada mi się męczyć. A z pisaniem tekstów jest tak jak ze wszystkim innym, po prostu lepiej gram i śpiewam niż piszę teksty, bo dłużej gram i śpiewam. Myślę, że jak teraz popiszę wystarczająco intensywnie i długo, to też będzie mi to przychodziło coraz łatwiej. Choć czasem dobrym pomysłem jest schowanie ego do kieszeni. Nie za wszelką cenę wszystko musi być moje, ważne żeby oddawało stan mojego ducha i umysłu, żeby w tym sensie było moje.

Dziś wieczorem wystąpisz na wyjątkowym koncercie. Razem z wieloma innymi artystami zaśpiewacie utwory Agnieszki Osieckiej. To, jakie piosenki wybraliście do ostatniej chwili ma być tajemnicą, więc niech tak zostanie, ale ciekawa jestem jak czujesz się w takim repertuarze?

Super! Wybrałem sobie numer, który od zawsze chciałem zaśpiewać, więc bardzo się cieszę.

Koncert ma przybliżyć twórczość Agnieszki Osieckiej młodemu pokoleniu, uda się?

Nie mam bladego pojęcia, bo nie poznałem jeszcze innych wykonań i aranży, ale szalenie się cieszę, że będę mógł z dużym składem, w dużej sali koncertowej NOSPRu zaśpiewać numer, który marzyło mi się zaśpiewać od maleńkości. A czy młodzież z tego powodu nawróci się na Osiecką czy nie – trudno powiedzieć, ale życzę im tego z całego serca. Warto zagłębić się w teksty Agnieszki Osieckiej. Zaskakują frazą, skojarzeniem, rytmem, ale przede wszystkim wzruszają.