Krzysztof Zalewski – Złoto

23 listopada 2016 Recenzje

Normalnie słucham nowych wydawnictw tak jak zostały nagrane, a więc od początku do końca, ale tym razem wyszło inaczej. Przypadkowo (a może z sympatii do Natalii) zaczęłam nowy album Krzysztofa Zalewskiego od utworu Jak dobrze (feat. Natalia Przybysz). Pięć minut. Tyle wystarczyło bym uwierzyła, że Złoto to dobra płyta.

Ale bądźmy poważni, recenzji nie pisze się z tytułu wiary. Od tamtej pory zdążyłam nie raz, nie dwa przesłuchać ten krążek w całości i mamy jasność – nowy materiał Zalewskiego nie zawodzi. W zależności od kawałka, można bić się z myślami czy Złoto jest bliżej popu, rocka czy oględnie mówiąc – alternatywy, ale będzie to raczej strata czasu. W całej swojej popowości nie jest to jeszcze album popowy, tak samo jak ostrzejsze riffy i zadziorny wokal w niektórych kawałkach, nie zrobiły z niego krążka stricte rockowego. Złoto łączy w sobie różnorodności – ciepłe, pastelowe dźwięki przeplatane są z przybrudzonymi brzmieniami. To zróżnicowanie wciąga i zachęca, żeby do tych utworów wracać. Pewnym jest, że na Złocie dostajemy sto procent Zalewskiego. Nawet jeśli w niektórych tekstach poprosił o wsparcie Michała Wiraszko (Muchy) czy Jacka „Budynia” Szymkiewicza (Babu Król), to i tak na pierwszy plan przebija się jego wyraźnie zarysowana, muzyczna osobowość.

Tym razem Zalewski kłania się prostocie, co niejako odróżnia ten album od poprzednika. Na Zeligu było dużo kombinowania (choć ja dalej uważam, że było to kombinowanie w dobrą stronę), czego na nowej płycie już nie uświadczymy. Złoto powstało z myślą, że chwytliwe melodie i zmyślne teksty to cały przepis na dobrą płytę. I fajnie, bo to działa, jest smaczne i niesie słuchacza od pierwszych do ostatnich minut tego albumu. Krążek rozpoczyna znany już wcześniej singiel Miłość Miłość, który w kategorii „piosenka o miłości” – a jak wiemy jest to kategoria mocno eksploatowana – jest prawdziwym rarytasem, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Równie dobrze słucha się utworu Chłopiec, którego dobitny tekst („Nie zostało po mnie nic / miałem kiedyś o tym sen / że w przyszłości zostanę kimś / trzeba było zostać”) w towarzystwie solidnych, gitarowych brzmień szybko zapisuje się w pamięci. Zaskoczeniem była dla mnie Luka, którą słyszałam już wcześniej, a dopiero teraz totalnie chwyciła mnie za serce, i dalej trzyma.

Mocnym punktem albumu jest – wciąż bardzo aktualny – kawałek Uchodźca („Europie na odsiecz / płyną tłumy złamanych serc / ja usiądę wygodnie / schowam się za niebieskim szkłem”). Posłuchajcie jak niebanalnie rozkłada się energia w tym utworze – szybkie, elektroniczne zwrotki gładko przechodzą w spokojny, gitarowy refren i wszystko na moment zwalnia. Nie skończyłabym tego tekstu, nie wracając do świetnego utworu Jak dobrze. Ten numer stał się moim ulubionym i mogę tylko powtarzać za Krzysztofem i Natalią słowa: „jak dobrze mi”, za każdym razem gdy go słyszę. Na tle pozostałych utworów, wyróżnia się przede wszystkim ciemnym brzmieniem, które oscyluje gdzieś pomiędzy rockiem, a … rapem. Do tego (wbrew radosnemu tytułowi) dostajemy dość przygnębiający tekst („Znowu widzę siebie jak psa / bez imienia i państwa / bez smyczy i kagańca”), który jednak poetycko i z rozmachem zamyka tę płytę: „I nie chce się rzucać w oczy / i oddam ostatnie obuwie za twój dotyk”.

Spotkanie z płytą Złoto nasuwa co najmniej jeden konkretny wniosek: Zalef znalazł wreszcie sposób jak otworzyć się na szersze grono odbiorców, nie rezygnując przy tym z siebie i nie tracąc ani grama charakteru. O tym krążku można by napisać jeszcze bardzo wiele, prócz jednego – że jest przeciętny.