Open’er 2017: Let’s go to perfect places

11 lipca 2017 TEKSTY

Open’er Festival 2017 przeszedł do historii. Jeśli ktoś zadałby mi pytanie, czy to była dobra edycja, to z pełną odpowiedzialnością odpowiedziałbym, że tak. Były to świetne cztery dni dla każdego, kto poświęcił przynajmniej kilka minut na przeanalizowanie programu i wyznaczenie sobie ścieżki muzycznej drogi. W innym wypadku, mogłoby być różnie. Dlaczego?

Organizatorzy w tym roku jeszcze mocniej podkreślili różnorodność programu. Chociaż zawsze skupiał się on na wielu gatunkach, tym razem proporcje między rapem, elektroniką, popem czy rockiem były bardzo zbilansowane. I właściwie od samego początku ten line-up był dla wszystkich, bo każdy mógł w nim znaleźć przynajmniej kilku artystów ze swojego kręgu ulubieńców. Każdy mógł wybrać się na „swoje” koncerty, kompletnie pomijając innych. A ci „inni” gromadzili swoją publiczność. Open’er przestał być festiwalem muzyki alternatywnej, Open’er stał się po prostu festiwalem muzycznym. I nawet jeśli ta teza w 2017 roku nie brzmi zbyt odkrywczo, to mam wrażenie, że podczas tej edycji wybrzmiała ona zdecydowana najgłośniej.

I nie jest to w żadnym stopniu kwestia ograniczenia na konkretny rodzaj muzyki, to po prostu kwestia gustów słuchaczy. Ja na tegorocznym Open’erze wyznaczyłem sobie muzyczną ścieżkę i jestem z niej bardzo zadowolony. Dzięki temu nie musiałem dokładać sobie kolejnych argumentów do narzekania (pogoda wystarczyła), za to mogłem skupić się na tym, co mnie naprawdę w tym programie zainteresowało.

Tegorocznego Open’era wygrały dwie kobiety. Obie przyjechały do Polski po raz pierwszy i obie zaprezentowały przekrojowo swoją twórczość. SOLANGE zachwycała właściwie w każdej sekundzie. Bo tu oprócz muzyki, ogromne wrażenie zrobiła na mnie scenografia i aktywność całego bandu. Ostatni krążek na żywo zabrzmiał rewelacyjnie. Były popisy wokalne, ale przede wszystkim dużo dobrej, pozytywnej zabawy. LORDE przy niesprzyjającej pogodzie udowodniła, że zaproszenie jej na główną scenę nie było błędem. Artystka z Nowej Zelandii śpiewała piosenki ze swoich dwóch wydawnictw i do samego końca (Green Light) budowała napięcie. W tym wszystkim dało się wyciągnąć sporo szczerości i czystego wzruszenia. Chociaż nie doświadczyłem show podobnego do tego z Glastonbury czy Coachelli, to i tak uważam, że był to jeden z najważniejszych koncertów tej edycji. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to jeden z ważniejszych koncertów tego roku w Polsce. Bo kto wie jaką popularność i pozycje ta młoda dziewczyna będzie miała za jakieś 10 lat.

opener 2017 wpis 1

Zupełnie inaczej było w przypadku RADIOHEAD. Oni nie musieli i nie muszą już właściwie niczego udowadniać. Brytyjczycy po prostu weszli na sceną i zagrali bardzo długi, niezbyt festiwalowy koncert. Publiczności pokłonili się prezentując właściwie wszystkie najważniejsze utwory. Z pewnym sentymentem w głowie stałem i słuchałem, co wydarzy się za moment. Chyba wszyscy liczyli na zakończenie z ciarkami na plecach i łzami w oczach. Nie było ukochanych przez tłum Creep, Karma Police i No Surprises. Patrząc na ostatnie występy grupy, to zakończenie wieczoru można po prostu nazwać jednym słowem – dziwne. Zachwyt mieszał się z lekkim niezrozumieniem.

Dwa kolejne koncerty, które wpisuje w kategorie udane, to THE XX i MODERAT. Ci pierwsi sceptyków mogli nieco zaskoczyć żywiołowością. Bo Romy, Jamie i Oliver pokazali się od bardzo tanecznej strony – zupełnie innej niż kilka lat temu. Nawet podczas listopadowego koncertu w Poznaniu nie było w nich tyle radości. Z publicznością Open’era od początku nawiązali iście rodzinną więź. To nie był występ do spokojnego, melancholijnego przeżywania muzyki, to momentami była prawdziwa (w dobrym tego słowa znaczeniu) dyskoteka. W zespole Moderat dało się natomiast wyczuć zmęczenie (najpewniej długą trasą), ale to i tak nie wpłynęło negatywnie na całość. Panowie dali z siebie wszystko, a Polacy ponownie zatańczyli w rytm ich kompozycji. Emocjonalne techno na głównej scenie w towarzystwie (wiadomo!) genialnych wizualizacji – to było świetne podsumowania dnia.

opener 2017 wpis 222

Przez cztery dni zobaczyłem jeszcze kilka innych koncertów, po których mam po prostu bardzo dobre wspomnienia. Podobała mi się lekkość (pomimo deszczu) koncertu GOERGA EZRY oraz wysmakowane piosenki MICHAELA KIWANUKI. Duże wrażenie zrobił na mnie RALPH KAMIŃSKI. Młody muzyk trzymał emocje pod kontrolą, chociaż najpewniej było to bardzo trudne widząc wypełniony namiot. THE WEEKND pokazał, że gwiazda z pierwszych stron gazet nie musi ociekać tylko kiczem, a JMSN „zdradził”, że to właśnie on wkrótce taką gwiazdą może się stać.

Na koniec zostawiłem muzyczną klamrę. Festiwal rozpocząłem koncertem SORRY BOYS na głównej scenie i muszę stwierdzić, że chyba dawno tak przyjemnie nie rozpoczynałem Open’era. Zespół zaprosił do Gdyni chór Soul Connection Gospel Group oraz Apolonię Nowak. Zabrzmiała Roma oraz kilka innych utworów w wersjach idealnie pasujących do tego miejsca.  Ten koncert doskonale pokazał, że Sorry Boys sięgnęli już bardzo wysoko i co najważniejsze, mogą jeszcze wyżej. Ostatnie dźwięki z terenu lotniska usłyszałem w niebieskim namiocie i chociaż zmęczenie sięgało już zenitu, NICOLAS JAAR robił wszystko, aby na moment zapomnieć o bolących nogach i oddać się w pełni jego muzyce. Nieco duszna atmosfera i euforia – to zdecydowanie nie był smutny koniec. Nico, jesteś mistrzem!

Let’s go to perfect places! śpiewa Lorde i dla mnie jednym z takich miejsc był w tym roku Open’er. Za wszystkie piękne koncerty, kolorowe pelerynki, wyjątkowo dużo tańca i panią z autobusu, która podczas dojazdu opowiadała mi historię tej części Gdyni. Zdecydowanie i głośno – Do zobaczenia za rok!