Recenzja: SOHN – Rennen

16 stycznia 2017 Recenzje

Na swoją drugą długogrającą płytę, Christopher Taylor kazał czekać trzy lata. Nie jest to wieczność, zważywszy, iż po sukcesie Tremors, SOHN stał się wziętym producentem, udzielającym się przy okazji nagrań innych, nierzadko popularniejszych od siebie artystów. Pomimo lat, materiał zgromadzony na debiutanckim albumie Brytyjczyka nie znudził się, a to, co nas w nim zachwyciło, nie wyblakło na tle pojawiających się w międzyczasie wydawnictw. Trudno byłoby jednak oczekiwać od SOHNa kolejnego podobnie brzmiącego materiału. Utalentowany muzyk nie zamierzał nas zawieźć – po udanym starcie, przyszła pora na rozwinięcie skrzydeł i wydanie albumu co najmniej trzymającego poziom lotu poprzednika. Poziom wysoki, który za sprawą Rennen udało się z powodzeniem kontynuować.

Wobec ogromu produkcji z pogranicza popu, elektroniki i r’n’b, SOHN zdawał się od samego początku zaoferować słuchaczom coś więcej, niż tylko zgrabnie skomponowane, proste piosenki, które wpadną w ucho. Prócz niemałego warsztatu songwriterskiego, Taylor odznaczył się umiejętnością tworzenia utworów stylistycznie nieprzekombinowanych, lecz posiadających haczyk w postaci subtelnie brzmiących partii wokalnych, nierzadko tyle poruszających, co chwytliwych. O tym talencie Brytyjczyk przekonuje nas na Rennen, drugim albumie w karierze, który podobnie jak debiut, pojawił się w sprzedaży sumptem londyńskiej wytwórni 4AD.

Trudno o lepszym opener niż Hard Liquor. Utwór zaprezentowany tuż przed premierą krążka jako trzeci singiel, od samego początku podkręca tempo i buduje nastrój (który został świetnie oddany w teledysku autorstwa Jovana Todorovica, wcześniej odpowiedzialnego m.in. za wideoklipy Vaults). Nieznośnie chwytliwa partia wokalna doskonale kontrastuje z dynamicznym tłem i miarowo narastającym basem. Przez głowę przemyka skojarzenie z Woodkidem, głównie za sprawą mrocznego anturażu dźwięków, w których ukryty został niemal taneczny potencjał. Chwil, w których SOHN łączy pozornie nieprzystępne brzmienie z nośnymi melodiami, jest znacznie więcej. Już w Conrad, kolejnym utworze na trackliście płyty i, podobnie jak Hard Liquor, przedstawionym przed jej premierą, mamy do czynienia z partią wokalną, której nie powstydziłby się The Weeknd. Podobnie jest w przypadku Falling, kawałka, gdzie przy pomocy choćby Marka Ronsona, SOHN mógłby zawędrować do czołówki niejednej listy przebojów. Na szczęście zamiast utworów łatwych i przyjemnych, otrzymujemy łatwe i przyjemne, ale na SOHNowy sposób, co muzyk udowadniał już na Tremors. Puszczenie oczka do debiutanckiej płyty słychać w Primary czy Harbour. Podobnie jak w przypadku poprzednika, na Rennen nie znajdziemy rozbudowanych brzmieniowo kompozycji. Z jednej strony, to właśnie sztuka dobierania środków tak, by ułożyć z nich prostą, lecz pasującą do siebie układankę, stała się znakiem rozpoznawczym Brytyjczyka. Przykładem powodzenia tej metody jest Signal, numer, który przez blisko cztery i pół minuty płynie nurtem stonowanym i odprężającym. Z drugiej strony, nie da się ukryć, że czasem wspomnianych środków brakuje, jak choćby w balladowym i nieco “pustym” Still Waters. To nie jedyny moment, w którym można wbić szpilkę w Rennen. Kolejnym jest silenie się na stylistykę à la James Blake w Proof. Kawałek nie tylko brzmi jakby to muzyka Blake’a, rodaka Christophera Taylora, stanowiła inspirację – mówiąc kolokwialnie, Proof jest to dość oczywistym “zerżnięciem schematu”, który pozostawia drobny niesmak.

Nie ma mowy o “syndromie drugiej płyty”. Choć “rennen” znaczy po niemiecku “bieg” (Taylor na co dzień mieszka w Wiedniu), to najnowsze wydawnictwo SOHNa donikąd nie gna na złamanie karku. Jest to pewny siebie marsz, w którym muzyk konsekwentnie stawia kroki nie tracąc nic ze swojego stylu, którym dał się zapamiętać za sprawą Tremors, a jeszcze wcześniej The Wheel. Brytyjczyk zaprezentował materiał stylistycznie spójny i niesamowicie równy, do czego zresztą już zdążył nas przyzwyczaić przy okazji wcześniejszych produkcji. Rennen to kontynuacja zapoczątkowanego kursu wzbogacona o jeszcze większą chwytliwość – już po pierwszym odsłuchu, refreny Hard Liquor czy Conrad zapadają w pamięć i zaczynają krążyć po głowie (swoją drogą, ukłony w stronę autora za doskonały wybór singli). Trudno dziwić się, iż z Christopherem Taylorem chcą pracować takie postacie jak choćby Lana Del Ray, Banks czy Kwabs – SOHN ma talent do komponowania utworów niesamowicie melodyjnych, gdzie popowa nośność nie kłóci się z nieco wycofanym, subtelnym wachlarzem dźwięków. Umiejętność ta przydałaby się wielu artystom – kto wie, może po będącej niepodważalnym sukcesem drugiej płycie, chętnych na współpracę z utalentowanym Brytyjczykiem będzie jeszcze więcej?