Tauron Nowa Muzyka 2016 – Dzień I

20 sierpnia 2016 Relacje

Tegoroczna, jedenasta już edycja katowickiego Tauron Nowa Muzyka Festiwal zapowiadała się na maraton ciężkich wyborów. Nie było jeszcze w tym roku polskiego festiwalu, na którym tak wiele wartych uwagi artystów by się ze sobą pokrywało. Bo przecież jak tu nie płakać, kiedy los pozostawia nam do wyboru Lubomyra Melnyka lub Kassema Mosse, a Benjamin Damage musi konfrontować siły z King Midas Sound wraz z Fenneszem. Nie ma serca ten, kto zestawił ze sobą Deadbeat i The Field oraz Floating Points i The Orb. Każdy jednak chciałby mieć taką klęskę urodzaju w swoim line-upie. Konsekwentnie budowana marka katowickiego festiwalu, nie pozostawiająca złudzeń do jakości i co najważniejsze – niesamowicie przyjacielskiej, niemalże rodzinnej atmosfery.

Dzień pierwszy TNM 16 łączył ze sobą elektroniczną potęgę z wysublimowanymi melodiami. Niezwykle cieszy mnie pora, o jakiej rozpoczynają się koncerty. Godzina 18/19 jest znacznie rozsądniejsza niż często spotykana 15/16. I tak, pierwszym przystankiem był amfiteatr NOSPR i premierowy pokaz Wojtka Urbańskiego, doskonale znanego fanom Rys. Sympatyczny muzyk zaprezentował krótki, lecz intensywny live act. Skojarzenia z Jonem Hopkinsem i brytyjską elektroniczną sceną są jak najbardziej uzasadnione. Po takiej zapowiedzi, możemy być spokojni o jakość jego debiutanckiego albumu pod szyldem V/O.

Chwilę później dosyć pokaźny tłum ludzi zgromadził się w Sali Kameralnej NOSPR, która debiutuje na TNM. Niewielka scena, na której odbywają się jedynie po dwa koncerty dziennie posiada równie wspaniałą akustykę, jak jej większa siostra. Dlatego też, występ japońskiego wirtuoza wibrafonu Masayoshiego Fujity był przeżyciem duchowym, wprowadzającym w odprężający i kontemplacyjny stan. Nieco nieśmiały muzyk przed wykonaniem poszczególnych kompozycji czytał krótke historie związane z każdą z nich. Było to ciekawą wartością dodaną, jeszcze bardziej zanurzającą słuchaczy w baśniowy świat wykreowany przez Fujitę. Przepiękne kompozycje Tears of Unicorn, Moonlight czy Avalanche rozgrzały serca zgromadzonych i mocno rozbudziły ich wyobraźnie. Urywając się ukradkiem z tejże sali, udało mi się jeszcze zobaczyć końcówkę występu Fakeara. Ten młody Francuz potrafi doskonale zawładnąć tłumem. Mimo, że jestem dosyć sceptycznie nastawiony do elektronicznych live actów, gdzie jedynymi atrybutami są laptop i kontroler, to w przypadku Fakeara nie mogłem mieć zastrzeżeń. Pełne tanecznej energii i majesticowo-orientalnych melodii kawałki wybrzmiewały naprawdę potężnie. To również zasługa znakomitego nagłośnienia, którego doświadczymy na każdej ze scen TNM. Chyba żaden inny festiwal w Polsce nie może się pochwalić tak znakomitymi i czystymi dźwiękami.

Godzina 21 i scena Red Bull Music Academy to kolejny premierowy koncert polskiego artysty. Agim Dzeljiji, który jest jedną z najbarwniejszych postaci w polskiej elektronice ostatnich lat (chyba każdy słyszał o Őszibarack i Nervy) zaprezentował live act swojego solowego projektu AGIM. Biada temu, kto spodziewał się bezbarwnej kalki Moderat. Z wyjątkiem singlowego utworu Rajka, w namiocie dominował cięższy elektroniczny kaliber. Nieuniknione są porównania z niemiecką sceną i tym, co dzieje się w stajniach takich wytwórni jak Kompakt, Monkeytown czy BPitch. Wielka piątka dla Agima, który bawił się na scenie, zawstydzając większość swoich młodszych kolegów. Zaostrzyłeś nam apetyty na płytę do granic możliwości!

Niestety, najsmutniejsza wiadomość wieczoru spotkała mnie krótko przed godziną 22. Biegnąc z wywiadu na koncert Lubomyra Melnyka zobaczyłem ogromną kolejkę, która zawijała się w okolicach amfiteatru. Ukraiński pianista, będący pionierem stylu continuous music chyba nie spodziewał się w najpiękniejszych snach, że jego pokaz będzie cieszył się takim zainteresowaniem. Na moje nieszczęście, nie było szans na dostanie się do Sali Kameralnej, pomimo usilnych starań organizatorów. Sala po prostu pękała w szwach, a nieobecni mogą tylko pozazdrościć usłyszenia na żywo Lubomyra Melnyka. Czekamy na szybki powrót do naszego kraju.

Z powodów praktycznych, dane mi było zobaczyć tylko połowę koncertu Snarky Puppy. Międzynarodowy fusion-jazzowy kolektyw zrzeszający wielu wybornych muzyków po raz kolejny potwierdził swoją klasę. Kocham tę harmonię dźwięków, kocham precyzję i szaleństwo występujące ze sobą jednocześnie. Ogromne pochwały należą się całemu zespołowi, gdyż każdy z muzyków dawał z siebie maksimum. Zachwyty nad sekcją dętą, instrumentami perkusyjnymi czy klawiszowcami i gitarzystami są zatem uzasadnione.

Obowiązkowym punktem tej nocy był eteryczny pokaz Benjamina Damage. Brytyjczyk mieszkający na co dzień w Berlinie tworzy techno, które idealnie łączy w sobie industrialny chłód i niezwykłą emocjonalność. Korzystając między innymi z kultowego, totalnie ‚wintydżowego’ Rolanda 303 Damage wystrzelił publikę w przestrzeń, a potężne rytmy łączyły się z kosmiczną atmosferą.

Kolejne trzy występy to jedynie kilkunastominutowe stopy. Show, jakie tworzą King Midas Sound i Fennesz potrafi przestraszyć i zachwycić jednocześnie. Spowita mgłą scena, z której jedynie momentami wychylał się tobagijski wokalista Roger Robinson. Melancholia i hałas – te dwa słowa najlepiej opisują wydarzenia z LittleBig Tent Stage. Na chwilę tylko zagościłem na DJ secie Âme, który staje się już do bólu przewidywalny i siłą rzeczy potrafi znużyć. W Katowicach pojawiła się połowa duetu – Kristian Beyer, który serwował spragnionym tańca mieszankę przystępnego techno i house. Dla wielu jeden z głównych punktów imprezy – trio Battles, zrobiło porządną rozwałkę na głównej scenie. Podopieczni Warp Records promowali swój ubiegłoroczny album La Di Da Di, robiąc to w iście szalonym stylu.

Mocno już zmęczony dotarłem do Tent Stage, gdzie swój koncert dawali legendarni muzycy z Plaid. Dla mnie to właśnie ta grupa była ważniejszym wydarzeniem, jeśli chodzi o reprezentację Warp. Ukryci za oryginalną scenografią artyści dali imponujący pokaz IDM-owej siły. Plaid, których styl znacznie różni się od tego, co prezentują inni prekursorzy gatunku vide Autechre, Boards of Canada czy Aphex Twin wypadają na żywo znakomicie. Pomijając aspekty czysto muzyczne – wspaniałe wrażenie robiła wspomniana wyżej scenografia, którą tworzyła plansza złożona z trójkątów, na których wyświetlały się wyborne wizualizacje. Dla mnie było to idealne zakończenie pierwszego dnia Tauron Nowa Muzyka.

Dzisiaj kolejna porcja wrażeń, gdyż do Katowic zawitają tak znakomite nazwy jak (chyba najbardziej wyczekiwany) Floating Points z live bandem, Deadbeat, Kuedo, Shobaleader One (poboczny projekt Squarepushera) czy Jimmy Edgar, Actress i Baloji.