Recenzja: The XX – I See You

15 stycznia 2017 Recenzje

Oczekiwania wobec trzeciego krążka brytyjskiej formacji The XX były co najmniej spore. Zdaje się, że I See Younajlepszy materiał w karierze muzyków – sprostał im w znaczącym stopniu. Zespół nagrał płytę, o której będzie się pisać, na którą można spojrzeć z różnych perspektyw, a przede wszystkim – którą można zapętlać bez mrugnięcia okiem.

Nadzieje były wywindowane głównie ze względu na atmosferę, jaką spowite są piosenki tria. Już po debiutanckim albumie xx o artystach zaczęto mówić jak o czołowych reprezentantach pokolenia millenialsów: śmiało patrzących w przyszłość, ale posiadających wewnętrzne lęki oraz rozterki. Z jednej strony formacja grała koncerty w coraz to większych klubach, z drugiej – podświadomie wciąż uciekała do czasów, gdy tworzyła w sypialnianych warunkach. Przesiąknięty swoistym introwertyzmem nastrój potęgował muzyczny anturaż: indie-popowe, balladowe piosenki z subtelnymi beatami oraz charakterystycznym basem Olivera Sima.

Balonik pęczniał z każdym kolejnym singlem i występem. Krytycy z emfazą wypowiadali się o Coexist, a potem równie entuzjastycznie wychwalali In Colour Jamiego XX. Podobnie mocno atmosferę podgrzewały koncerty: intymne, będące gdzieś na pograniczu festiwalowego show i kameralnego, efemerycznego występu. Nic dziwnego, że trzeci krążek londyńczyków plasował się w czołówce najgłośniej zapowiadanych premier tego roku.

Rosnące napięcie wyczuli sami autorzy Coexist. Jak opowiadają w długim, przeprowadzonym przez Pitchforka wywiadzie: – Musieliśmy spróbować wyjść ze swojej strefy komfortu. Czuliśmy presję – niekiedy tak silną, że moglibyśmy skończyć jako parodia samych siebie – opowiada Sim. W The XX zaszła więc zmiana – niejednoznaczna i okupiona wieloma kłótniami, ale owocująca w znakomitym, różnorodnym i jak dotąd najodważniejszym albumie. Ostatnie określenie jest chyba najistotniejsze: to właśnie w nim kryje się esencja drogi, jaką grupa przeszła w ciągu minionych czterech lat.

I See You jest przede wszystkim udaną próbą uzewnętrznienia niełatwych uczuć towarzyszących muzykom w ostatnim czasie. Warstwa liryczna na krążku – do czego przyzwyczaili już nas Brytyjczycy – przyprawiona jest nutką gorzkiego smutku, jednak trio nie opowiada wyłącznie o przebrzmiałej nieszczęśliwej miłości. Tematyka piosenek jest różnorodna: Romy Madley Croft w prosty, choć chwytający za serce sposób, oswaja się ze śmiercią rodziców w Brave For You, choć jeszcze kilka kawałków wcześniej emanowała sensualnością (Lips) czy śpiewała o trudnej sztuce grania przed samą sobą oraz innymi ludźmi (Performance). W intrygujący sposób zostały przedstawione relacje międzyludzkie: trudne i zmuszające do przyjmowania niełatwych kompromisów (A Violent Noise), ale też zmysłowe, nieokiełznane (Dangerous). The XX zabiera nas na niełatwą, choć wciąż niezahaczającą o pastisz wędrówkę rollercoasterem emocji, przy okazji rozliczając się z własną przeszłością. Zamykające wydawnictwo kawałki I Dare You oraz Test Me stanowią niejako nawiązanie do konfliktu, jaki zaszedł między Oliverem a pozostałymi członkami ekipy.

W całej tej wieloznaczności tekstów, którą perfekcyjnie spaja dojmująca wrażliwość zauważalna właściwie w każdym wersie, zaskakująco dobrze sprawdza się muzyka. Artyści postanowili zaryzykować i skręcili z zachowawczej ścieżki indie w stronę alternatywnego popu. Aby to osiągnąć, do współpracy nad produkcją zaprosili starego wyjadacza z wytwórni XL Recordings – Roddaidha McDonalda (wcześniej kooperującego z Adele oraz Savages). Efekt ich mariażu emanuje świeżością: formacja nie straciła wiele ze swojego charakterystycznego stylu, a jednocześnie śmiało flirtuje z dotychczas pomijanymi inspiracjami. Fani Angels czy Intro nie będą zawiedzeni: prawie akustyczne Performance i Test Me z ambient-popowym zakończeniem potwierdzają, że Brytyjczycy wciąż nie mają sobie równych w budowaniu refleksyjnej atmosfery. Bardziej jednak cieszy fakt, że duży ślad na krążku odcisnął Jamie, którego syntezatory odgrywały do tej pory raczej drugoplanową rolę. Tym razem elektronika niemal równoważy się z przestrzennym brzmieniem gitary: stanowiąc klamrę kompozycyjną utworu (nie ma chyba osoby, której nie zdziwił tropical house’owy efekt rozpoczynający Dangerous) czy łącząc się w taneczną hybrydę z instrumentami (wspomniane już A Violent Noise). Element zaskoczenia wprowadzają zaś wyważone, nienachalne partie klawiszów (Replica) czy niepojawiające się dotąd w twórczości tria sample. Choć w Lips fragment Just (After Song of Songs) z Młodości Paolo Sorrentino pasuje znacznie bardziej niż funkowe I Can’t Go for That (No Can Do) grupy Hall & Oates z refrenu On Hold, oba utwory wprowadzają coś, czego nie spodziewalibyśmy się po The XX. Do tych numerów da się tańczyć, na co najlepszym dowodem była ekstatycznie reagująca publiczność podczas polskich koncertów.

Jamie, Oliver oraz Romy mogli zagrać zachowawczą kartą: mają mocno ugruntowaną pozycję na indietronicowej scenie, więc tylko kataklizm mógłby zepchnąć ich z estrady na dobre. Zamiast tego postanowili rozprawić się z własnymi ograniczeniami, wytaczając arsenał środków i otwierając się przed światem jak nigdy dotąd. I See You z pewnością trzeba więc zaliczyć do krążków przełomowych: być może nie tych rewolucyjnych, ale nieprzeciętnie emocjonalnych i prawdziwych.